wtorek, 13 grudnia 2016

Biała Rika




Z demonami II Wojny Światowej nie uporamy się chyba nigdy. Powracają one w twórczości literatów jak bumerang. I chociaż mówimy, że mamy już dość tej martyrologii, to podświadomie wciąż jej łakniemy. Nie możemy i nie chcemy się od tego odciąć, zmienia się tylko sposób patrzenia. Do czarno-białego świata II Wojny coraz częściej wkraczają odcienie szarości, wszystko mącąc i komplikując.

Kolejną autorką, która powraca do tematyki skomplikowanej relacji polsko-niemieckiej w czasie Wojny jest Magdalena Parys. Autorka kryminałów Tunel i Magik (Europejska Nagroda Literacka 2015), tym razem prezentuje czytelnikowi prozę „wspomnieniową”. Niczym mantra w każdym wywiadzie, na każdym spotkaniu powtarzana jest dykteryjka, że gdyby nie zmasowane naciski wydawczyni Agaty Pieniążek oraz dwóch koleżanek po fachu, Magdaleny Grzebałkowskiej i Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Biała Rika w ogóle by nie powstała. O wspomnieniach piszę się trudno, nawet jeśli dla komfortu przedstawionych tam postaci kamufluje i modyfikuje się ile wlezie. Sama autorka twierdzi, że w książce prawdziwe są tylko emocje i broszka babci Riki. To oczywiście tylko uproszczenie, ale jedno jest pewne: zdaniem Parys nie należy tej powieści traktować jako literatury (auto)biograficznej czy wspomnieniowej, a po prostu jako zwykłą powieść. 

Powinno się, ale się nie da. Mimo intencji autorki śledząc losy małej Dagmary, która uporczywie stara się stworzyć dość skomplikowane drzewo genealogiczne swojej rodziny, przedzierając się przez gąszcz babć prawdziwych i przyszywanych, nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to alter ego Magdy. Przeprowadzki kolejno z Gdańska do Szczecina i dalej do Berlina są zaczerpnięte wprost z biografii autorki i sprawiają, że Dagmara zlewa się z nią w jedną całość. Widać to zwłaszcza w narracji: kim jest bowiem narrator? Kiedy jest nim fikcyjna Dagmara, a kiedy realna Magdalena? 

Pamiętam jak na spotkaniu autorskim w ramach festiwalu Puls Literatury w Domu Literatury w Łodzi autorka skrzywiła się słysząc, że główną bohaterką książki nie jest Rika, tylko Dagmara. Trudno jest się jednak z tym stwierdzeniem nie zgodzić. O ile przez pierwszą część powieści dziewczynka występuje jedynie w roli badaczki swojej genealogii, odkrywając krok po kroku dzieje swojej przyszywanej babci (Rika jest bowiem matką ojczyma Dagmary), ukazuje skomplikowane relacje Polaka wywiezionego na roboty do Niemiec i dwóch Niemek. Tutaj faktycznie to Rika i jej historia są najważniejsze, to one nadają rytm książce. Im bliżej końca, tym bardziej Rika zdaje się jednak oddalać. Powoli zaczynają się wyłaniać mgliste wizerunki pozostałych babć i dziadków. Centrum zaczyna być Dagmara otoczona swoimi przodkami, to jej uczucia zaczynają dominować. Niechęć do ojczyma, miłość do cioci Lali i dramatyczna decyzja opuszczenia ojczyzny. Szkoda, że autorka nie utrzymała napięcia towarzyszącego wątkowi Riki do końca powieści. Osobiście w momencie, gdy karty zostały odkryte straciłam entuzjazm do czytania. Ale to tylko moje prywatne odczucia. 

Ale Rika to nie wszystko. W książce co rusz pojawiają się pisane inną czcionką autotematyczne komentarze, głosy redaktorek, które starają się dyktować autorce o czym powinna pisać, a które wątki pominąć oraz członków rodziny, którzy uporczywie chcą ingerować w tekst tworzony przez ich krewną, wytykając błędy, bądź starając się ją powstrzymać przed ujawnieniem kolejnego rodzinnego sekretu. Najlepiej widać to w jednym z początkowych rozdzialików książki.


Właściwie można spróbować wysnuć wniosek, że Biała Rika to książka o pisaniu, o ciężarze, jaki musi dźwigać autor, który podejmuje się  spisania dziejów własnej rodziny, upubliczniając pewne fakty, które pomimo prewencyjnego kamuflażu i tak stają się niewygodne dla osób  bliskich twórcy. Gdy spojrzymy na historię Riki i Dagmary w tym świetle, książka zaczyna zyskiwać zupełnie nowy wymiar, stając się nie tylko dowodem pamięci, ale też obrazem wytyczania granic pomiędzy prawdą i fikcją.  

Biała Rika Magdaleny Parys nie jest dziełem wyjątkowym. Historia w niej opisana jest owszem, frapująca, jednak wciąż pozostaje jedną z wielu wojennych opowieści, które dano nam usłyszeć w ostatnich latach (jak chociażby Sońka Karpowicza).  Odrębności nadaje jej natomiast fakt ukazania w tekście warsztatu powstawania prozy, która pomimo elementów fikcyjnych nadal zachowuje swój wspomnieniowy charakter. Paradoksalnie książka, w której przez większość czasu narracja prowadzona jest przez małą dziewczynkę, udowodniła dojrzałość autorki. I to nie tylko pod względem podejmowania trudnych tematów, ale przede wszystkim potwierdzając warsztat pisarki.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz