niedziela, 18 grudnia 2016

Morze po kolana


 

Taką ławeczkę zna każdy. Znajduje się ona na przystanku, pod sklepem, czy pod OSP. Ławeczka przyciąga, kusi strapione dusze. Tradycja ławeczki sięga zamierzchłych czasów, kiedy to na wsiach, praktycznie przed każdym domostwem, przy drodze, znajdowało się drewniane się drewniane siedzisko na którym wypoczywali zmęczeni robotą w polu chłopi. Zamiast w czeluściach chaty, oni woleli przebywać na zewnątrz, zamiast w samotności, lepiej było oddawać się rozmowie z każdym przechodniem. W czasach pozbawionych komputerów i telewizorów ławeczka była miejscem wypoczynku i spotkań towarzyskich. Była oknem na świat. 

Instytucja ławeczki funkcjonuje nadal. Zniknęły te prywatne, bo źle się komponowały z asfaltem i betonowymi płotami. Zmienili się też ławkowicze. Zamiast umęczonych robotą chłopów dzisiaj gromadzą się na nich Ci, którym w życiu coś nie wyszło: bezrobotni, starzy kawalerowie, alkoholicy itp. Siedzą pod sklepem czy na przystanku, przeważnie codziennie w tym samym składzie, tworząc swoistą grupę wsparcia. Zupełnie jak w klubie AA, z tą różnicą, że tutaj rozwiązaniem staje się alkohol. Siedzą, otwierają kolejną puszkę piwa, zwierzają się sobie a w porze obiadowej z żalem rozchodzą się do domów.

Ławeczka stanowi rdzeń komiksu Morze po kolana Marcina Kołodziejczyka z rysunkami Marcina Podolca wydanego przez wydawnictwo Wielka Litera. Kołodziejczyk znany portrecista tzw. „Polski B” (wyrażenia nacechowanego bardzo negatywnie) zdecydował się w tej niecodziennej formie zaprezentować czytelnikowi losy trzech ławkowiczów spotykających się na przystanku i dzielących się swoimi historiami, próbami ułożenia sobie życia. Jeden, przeżywający zawód miłosny ma na koncie próby samobójcze. Drugi po powrocie z emigracji próbował ułożyć sobie życie z matką swojego syna – nie udało się. Trzeci po ukończeniu studiów pracuje jako cieć u kolegi, który zamiast inwestowania w siebie, inwestował w grunty i rozpoczynał kolejne inwestycje. A to wszystko opowiedziane w malowniczej scenerii nadmorskiego kurortu podczas zamkniętego sezonu.

Twórcy tacy jak Marjane Satrapi czy Art Spiegelman udowodnili już nam, że komiks nie musi być nośnikiem jedynie infantylnych historii o superbohaterach, ale może opowiadać o sprawach trudnych. Czasami łatwiej jest przekazać emocje za pomocą kreski, niż słowa. W tym przypadku jest podobnie. Kołodziejczyk zdecydował się bolesne przeżycia bohaterów swojego najnowszego reportażu ukazać czytelnikom w nieco bardziej obrazowej formie. Podolec natomiast zadbał, by zamiast odwzorowania 1:1 zawrzeć w rysunkach odpowiedni ładunek emocjonalny, który pomoże nam lepiej wczuć się w bohatera.

Największym problemem osób, które gromadzą się na przystanku nie jest, jak by się to mogło na pierwszy rzut oka wydawać, trudna sytuacja majątkowa czy niespełniona miłość. Ich bolączką jest wewnętrzna pustka, brak ambicji, brak celu w życiu. Ta pustka idealnie koresponduje z otaczającym ich światem. Każdy, kto był w niewielkiej miejscowości turystycznej poza sezonem doskonale to zrozumie. Tętniące życiem kurorty zamieniają się w miasteczka duchów z pozamykanymi na cztery spusty hotelami i restauracjami. Razem z jodem wdycha się nudę i znużenie, trwając w odrętwieniu do kolejnego lata. Ten depresyjny charakter utrzymany jest również w książce, gdzie dominują kolory szaro-bure, stonowane. Niby ciepłe, ale jednak nie gwarantujące poczucia bezpieczeństwa.

Istotę książki najlepiej oddaje zamieszczony na początku komiksu cytat z Czekając na Godota Samuela Becketta:

ESTRAGON: To co, idziemy?
V
LADIMIR: Chodźmy. 
Nie ruszają się.

I tak jak bohaterowie dramatu Becketta czekali nie będąc w stanie wyrywać się z marazmu, w którym nieprzerwanie trwają, tak samo ławkowicze boją się podjąć decyzji o rozpoczęciu nowego. Lepiej wybrać sprawdzone, choć z góry skazane na niepowodzenie rozwiązanie: bezczynne czekanie. Nie, całe szczęście nie na fikcyjnego Godota. Czekanie na nowy sezon turystyczny. 

Dwa, trzy miesiące prosperity. 
I kolejne czekanie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz