środa, 28 grudnia 2016

Osiołkiem




Podróże bawią i kształcą. Czasem też męczą. Niestety. 

Mnie podróż na wschód ze Stasiukiem nieco zmęczyła. 
Osiołkiem nie jest bowiem typową relacją z podróży na wschód. Wschodu owszem, jest tutaj dużo, wschodniość emanuje praktycznie z każdej strony tej niewielkiej książki. Wschodni jest kierunek, wschodnie są krajobrazy, ludzie, myśli i obserwacje. Nawet sam autor niemal staje się wschodni (niestety, pech chciał, że odmówiono mu chrztu w obrządku prawosławnym). W Osiołkiem wszystko jest wschodnie: inne, ciekawe, jednocześnie odpychające i pociągające. Wszystko to intryguje i nęci autora, który zamiast wyjechać w podróż po USA wybiera się na eskapadę w głąb Azji. Wciąż rozszarpywana konfliktem Ukraina, szukająca tożsamości Rosja oraz ogromny i tajemniczy Kazachstan w niczym nie ustępują bowiem sprawdzonym, zachodnim destynacjom. 

Ale nie dajmy się zwieść pozorom. W Osiołkiem pierwsze skrzypce gra bowiem miłość autora do samochodów. Sam tytułowy „osiołek” to nie sympatyczne zwierzątko, a samochód. Czterokołowa maszyna, która zabiera autora (oraz jego tajemniczego towarzysza) w podróż do Azji. Nie jedyna w tej opowieści. Warkot silnika nieustannie towarzyszy nam w lekturze. Autor wraca wspomnieniami do kolejnych aut, które miał okazję na swojej drodze spotkać. Zachwycają, rozczarowują, psują się, stają się katalizatorem zdarzeń. Samochody, ich silniki, karoserie, zawieszenia zdają się de facto być głównymi bohaterami tej opowieści. Stasiuk do motoryzacji pała bowiem uczuciem żarliwym i nieskończonym. 

Ja nie. 

Rok cierpliwego słuchania o samochodach, ich naprawach i zabiegach pielęgnacyjnych nie wystarczył, bym się do nich przekonała. Samochód jest dla mnie środkiem transportu, w który mogę wsiąść (jako pasażer) i udać się w podróż na koniec świata. I w tej wyprawie ważne dla mnie byłoby to, co widzę za oknem, a nie sam środek lokomocji. U Stasiuka proporcje zostały odwrócone, co nie do końca przypadło mi do gustu i już od pierwszej strony musiałam pogodzić się z tym, że jak za dawnych lat będę musiała słuchać peanów wznoszonych pod adresem maszyny. Wystarczy zrozumieć, tolerować, w ostateczności ignorować.

Ale w Osiołkiem męczy nie tylko motoryzacja. Po wycięciu wątków związanych z samochodami otrzymujemy tekst dość przeciętny. Nie ma tutaj bowiem nic nowego, nic, czego do tej pory od Stasiuka jeszcze byśmy nie usłyszeli. Stasiuk jedzie i myśli. Faktycznie, jak sam deklaruje jedzie, by jechać, nie by osiągnąć jakiś skonkretyzowany cel. Choć tak by się mogło początkowo wydawać, jego podróż nie jest wyprawą na Ukrainę, do Rosji czy do Kazachstanu. To podróż w głąb Stasiuka. Autor nie tworzy bowiem książki podróżniczej, nie ma tutaj mocno zarysowanych przygód, rozmów z tubylcami, obszernych informacji na temat zwiedzanych krain i panujących w nich realiów. Wszystko to przewija się gdzieś w tle, stanowiąc dla Stasiuka pretekst do podzielenia się z czytelnikiem refleksjami na temat własnej przeszłości i teraźniejszości, polskości, podróżowania. Nawet ten „wschód” o którym tak rozpisywałam się we wstępie pojawia się nie tyle za oknem samochodu, co wewnątrz autora. Spostrzeżenia na temat polskości i naszej ukochanej martyrologii, mentalności Rosjan i Ukraińców czy istoty podróżowania materializują się w postaci starannie zaaranżowanych scenek, dykteryjek czy onirycznych wizji. Problem w tym, że podobnie jak droga, którą pokonuje autor, nie prowadzą one czytelnika do żadnego konkretnego celu. A co gorsza: większość z nich gdzieś już słyszeliśmy. 

Osiołkiem mogłaby zostać powieścią drogi. Tak przeważnie bywa, że wyruszenie w podróż stanowi pretekst do lepszego poznania samego siebie. Tutaj również mamy drogę oraz wewnętrzną potrzebę autora do ucieczki od otaczającej go rzeczywistości. Relacji z pierwszej samochodowej eskapady Stasiuka w głąb kontynentu azjatyckiego brakuje jednak ikry, pazura, czegoś, czym wryłaby się w pamięć czytelnika. Wyłaniające się pośród pustkowia szkielety, oddawanie moczu pod bilbordem z wizerunkiem kazachskiego prezydenta czy przeprawa z celnikami to scenki, które co prawda cytowane osobno mogą intrygować, scalone w jedną książkę tworzą natomiast chaotyczny zlepek idei. Albo postać, która towarzyszy autorowi w podróży: na początku stanowi obietnicę ciekawej wymiany doświadczeń, w trakcie lektury zaczyna się nieoczekiwanie rozmywać. Czytając można odnieść wrażenie, jakby książka powstawała w pośpiechu, jakby goniły autora terminy (co z wiadomych względów jest raczej mało prawdopodobne). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu fanom autora pozycja ta przypadnie do gustu, bo pomimo panującego w Osiołkiem zamieszania Stasiuk wciąż mówi ciekawie i z sensem, tyle, że to przestaje zadowalać. Zwłaszcza, że po autorze, którego praktycznie każda książka zdobywa nominacje do jakiejś nagrody literackiej oczekuje się nie kolejnej książki z serii "jadę sobie i myślę", ale czegoś świeżego. Tutaj powiało lekkim zaduchem Wschodu czy Nie ma ekspresów przy żółtych drogach. Zwłaszcza po wycięciu samochodów. 

Mnie podróż Osiołkiem rozczarowała. Trochę przez unoszący się w powietrzu zapach benzyny, który przy pierwszym kontakcie intryguje, ale po dłuższym czasie przyprawia o ból głowy. Wierzę jednak, że jest to najmocniejsza strona tej książki, stanowiąca jej rusztowanie. Gdy je usuniemy całość zaczyna się powoli rozlatywać i zatracać kształt. Nie twierdzę, że jest to książka zła, bo dużo w niej celnych i błyskotliwych treści, językowo również nie odstrasza. Autor bawi czytelnika swoim humorem oraz dokształca w dziedzinie rozumienia „rosyjskiego” Wschodu, co wychodzi mu jak zawsze wybornie. Problemem tej książki jest to, że Stasiuk powoli zaczyna się zapętlać i lada moment może dosięgnąć go niebezpieczeństwo „odgrzewanego kotleta”. A tego chyba byśmy nie chcieli. 

Szkoda, że Stasiuk nie zdecydował się jednak napisać prawdziwej, pełnokrwistej, awanturniczej powieści drogi. 
Ogromna szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz