piątek, 16 grudnia 2016

Sprzymierzeni




Historia lubi się powtarzać.

Dopiero co pisałam o naszej nieustającej fascynacji wojną, o wątkach II Wojny powracających w dziełach literackich niczym bumerang. O tym jak chcemy się od tego odciąć (nie, nie, dość już wojny, dość martyrologii), z drugiej jak dobrze przyjmowane teksty zakorzenione w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego wieku.

Zjawisko to nie jest zarezerwowane dla literatury, praktycznie co miesiąc na ekrany kin wchodzą filmy, których bohaterami są dzielni żołnierze walczący na froncie, zwykli cywile zmagający się z okupantem na swój mniej bezpośredni sposób lub więzieni w obozach jeńcy. I to nie tylko za sprawą polskich twórców, w ostatnim miesiącu oprócz Wołynia na ekrany zawitały również takie obrazy, jak Przełęcz ocalonych czy Sprzymierzeni. 

Ten ostatni film miałam okazję zobaczyć w minioną środę.

Zacznijmy od zarysowania fabuły: kanadyjski oficer wywiadu Max Vatan (Brad Pitt) trafia do Casablanki, gdzie wraz z Marianne Beauséjour (Marion Cotillard), członkin francuskiego ruchu oporu, mają przeprowadzić wspólny zamach na ambasadora III Rzeszy. Bankiet zamienia się w krwawą jatkę, a nasi bohaterowie (oczywiście związani już uczuciem) po dobrze wykonanym zadaniu wracają do Londynu. Ta wielka akcja przywodząca na myśl Bękarty wojny Tarrantino (nie tylko za sprawą Pitta, ale również samej sceny zamachu) stanowi jednak dopiero prolog do właściwej części fabuły. Okazuje się bowiem, że nasza para i łącząca ją relacja zostanie wystawiona na próbę, kładąc na jednej szali uczucie, na drugiej dobro koalicji. Dylemat moralny prowadzi do wszczęcia prywatnego śledztwa, konsekwentnie budując napięcie do praktycznie ostatnich scen filmu.

Wrażenia?

Zacznijmy od tego, że nagana należy się promocji filmu, a w szczególności zwiastunowi, który zdradza zbyt wiele szczegółów fabuły. Sprawia on, że widz po zapoznaniu się z trailerem zna już 1/2 fabuły i z powodzeniem może wejść na sale kinową dopiero w środku filmu, by zobaczyć, jak będzie wyglądało zakończenie. W ten sposób odbiorca pozbawiony jest przynajmniej jednego elementu zaskoczenia, który bez obwieszczenia go wszem i wobec w kampanii marketingowej, mógłby być dość silnym uderzeniem. Fakt, że bez „sprzedania” tej informacji promowanie filmu byłoby utrudnione, ale mimo to nadal uważam, że należało to jakoś sprytnie obejść. Obraz zdecydowanie na tym traci.

Film jest bowiem dość… przeciętny. Sama fabuła jest dość interesująca i, jak już wspomniałam, trzyma w napięciu praktycznie do samego końca. Na szczególną pochwałę zasługuje scena przyjęcia w londyńskim domu bohaterów, gdy Max (a wraz z nim również i widzowie) otrzymują malutką iskierkę nadziei, wierząc że sprawy mają się zupełnie inaczej, niż są nam przedstawiane. Trop ten trzyma w napięciu do samego końca filmu. Całość świetnie oddaje umiejscowienie akcji w konkretnej epoce: nie zawodzi charakteryzacja i scenografia. Efekty specjalne zostały zredukowane do minimum, co sprawia, że film nie razi sztucznością i stawia przekaz nad „efekciarstwo”. Aktorsko wszyscy spisują się na najwyższym poziomie. Najbardziej błyszczy Cotillard, która doskonale radzi sobie zarówno w roli intrygantki, jak i żony i matki. Przyćmiewa ona nieco wycofanego Pitta, którego bohater podchodzi do wszystkiego z większą rezerwą i jest bardziej wycofany. I o ile w scenach z "życia codziennego" brak mu nieco naturalności, tak  w scenach bardziej dynamicznych (np. wątek "śledztwa") jest już bardziej przekonywujący.



Mimo tych niewątpliwych zalet, film jednak nie zachwyca

Niestety nie obyło się bez typowej sztuczki Hollywood, czyli uzewnętrznienia emocji bohaterów za pomocą otoczenia. I tak scena miłosna rozgrywa się w samym centrum burzy piaskowej, porodowi towarzyszy bombardowanie, a rozstrzygająca scena to istna ulewa. Samo zakończenie to już istny popis kopiowania frazesów i wywierania na odbiorcy konkretnych emocji. Wierzę, że znajdą się osoby, które ze wzruszenia uronią łezkę, ale nie będzie ich zbyt wiele. Troszkę zbyt sztampowe, jak na film z "górnej półki". Wygląda to tak, jakby reżyser zapragnął stworzyć film w starym "hollywoodzkim" stylu, odwzorowując schemat wiernie, łącznie z każdym cliché. I o ile przeciętny widz być może tych drobnych niuansów nie odczuje, tak osoba, która po filmie reżysera Foresta Gumpa oczekuje odrobiny oryginalności, może być nieco zawiedziona.
 
Szwankuje również budowanie napięcia. Takie sceny jak egzekucja w sklepie jubilerskim, czy odpalanie silnika samolotu zdają się nie mieć końca. Rozumiem, że to celowy zabieg, jednak trwają one zbyt długo. Należy we wszystkim zachować umiar. 

A skoro już przy umiarze jesteśmy... Nie do końca rozumiem, czemu ma służyć wprowadzenie do fabuły siostry bohatera, która żyje w związku z inną kobietą. Wątek ten nie spełnia w filmie zupełnie żadnego celu i jego wycięcie nie miałoby najmniejszego wpływu na fabułę. Rozumiem, że walczymy o równouprawnienie, ale bez przesady.

Najnowszy obraz Roberta Zemeckisa określam jako poprawny. Ma kilka wad, jednak gdy przymknie się na nie oko, to otrzymuje się film interesujący (o ile ktoś nie oglądał zwiastuna) i dobrze wykonany. Może gdyby udało się uniknąć kilku „sztamp” w postaci smutnego deszczu i ckliwego zakończenia oraz gdyby bardziej rozbudowano wątek „śledztwa”, uzyskalibyśmy film bardzo dobry. Do kina można iść, bo oglądanie z pewnością nie będzie bolesnym przeżyciem. Nie jest to również pozycja, która wstrząśnie widzem, czy zmusi go do głębokich przeżyć. Ot, kolejny film o wojnie, z którym można miło spędzić czas (o ile ktoś kino tego rodzaju lubi) i który być może wzruszy bardziej wrażliwe niewiasty. Nic poza tym. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz