środa, 7 grudnia 2016

Turandot



 
Łódzki Teatr Wielki od dłuższego czasu zmagał się z brakiem silnej premiery. Trubadur przeszedł bez echa, przywieziony z Austrii Holender tułacz spotkał się z falą krytyki, Baron Cygański dzięki dopisanemu przez Tomasza Koninę zakończeniu wzbudził niemałe kontrowersje, natomiast Don Giovanni raził brakiem dopracowania. Całość podtrzymywał jubileuszowy Straszny dwór Jandy, choć ten ze względu na zaangażowanie twórców i wykonawców z najwyższej półki, po prostu nie miał prawa wypaść słabo. Problem "przeciętnego" repertuaru wielu zrzucało na ówczesnego dyrektora Teatru Wielkiego, Wojciecha Nowickiego (obecnie dyrektor Teatru Jaracza w Łodzi), który z końcem sezonu 2013/2014 zrezygnował ze współpracy z ówczesnym Dyrektorem Artystycznym, Warcisławem Kuncem, pozostawiając na tym stanowisku wakat. Wielu miałkość repertuaru Wielkiego uzależniała właśnie od tego braku, choć zasadność tego twierdzenia, to kwestia dyskusyjna i zdecydowanie wymaga odrębnego wpisu. 


Nie mniej wraz z nastaniem nowego dyrektora, Pawła Gabary, nadszedł czas na silne zaznaczenie przejęcia sterów w Wielkim. Po wspomnianym już karkołomnym Don Giovannim (spadek po poprzedniku, któremu nagła zmiana reżysera wyraźnie nie służyła) i wysokobudżetowej Nocy w Wenecji (która przeszła nieco bez echa), nadszedł czas na premierę z prawdziwego zdarzenia. W maju 2016 r. na deskach łódzkiego Teatru po raz pierwszy w historii pojawiła się Turandot, nieukończona opera Pucciniego, jedno z najbardziej rozpoznawalnych (głównie za sprawą arii Nessun dorma) dzieł operowych. 


Reżyserię spektaklu Gabara powierzył Adolfowi Weltschekowi, co mogło stanowić niemałe zaskoczenie, gdyż dyrektor krakowskiego Teatru Groteska z inscenizacjami dzieł operowych nie miał jak do tej pory żadnego doświadczenia. Jakby w kontrze za warstwę muzyczną odpowiadać miał Antoni Wit, światowej sławy dyrektor artystyczny Orquesta Sinfonica de Navarra w Pampelunie i dyrygent honorowy Filharmonii Krakowskiej. 



Co wyszło z tego połączenia? 

Zacznijmy od tego, że dzieło Pucciniego jest niezwykle wdzięczne. Może libretto nie powala na kolana (historia chińskiej księżniczki, która z lubością morduje kolejnych zalotników trąci już nieco myszką), jednak warstwa muzyczna zdecydowanie wyprzedza swoją epokę, dramatyzmem zbliżając się do muzyki filmowej. Ta przystępność i melodyjność dzieła Pucciniego sprawia, że łatwo wpada w ucho i szybko zapada w pamięć.  

Dobra baza to zaledwie pół sukcesu, należy ją jeszcze dobrze opracować, głównie w zakresie inscenizacji. Umiejscowienie akcji opery w Chinach oraz występujące w muzyce elementy orientalne wprost zmuszają inscenizatorów do osadzenia spektaklu na Dalekim Wschodzie. Wszelkie próby zmiany konwencji kończą się nieco karkołomnie i sztucznie. Weltschek zdecydował się nie ingerować w dobór miejsca i czasu opery, natomiast zerwał ze stosowaną powszechnie przaśnością i przeładowaniem symbolami konkurencyjnych inscenizacji. Razem z Małgorzatą Zwolińską stworzyli świat surowy, niemalże mroczny, w którym skąpane w złocie pałace zastępują grafitowe skały, inspirowane krajobrazem Państwa Środka. Ten zabieg osobiście uznaję za trafny, potęgujący grozę, jaką budzi żądna krwi księżniczka. "Chińskość" bardziej akcentują kostiumy (autorstwa Zwolińskiej), chociaż tutaj zdarzały się kłopotliwe niespójności. Przez moment miałam wrażenie, że po scenie paradują rzymscy żołnierze, a przecież pomimo wybujałych aspiracji kolejnych "wodzów" cesarstwa/republiki, granice ówczesnego imperium nigdy tak daleko nie sięgały. Pamiętam, że tuż po premierze w jednej z recenzji przeczytałam, że Cesarz wyglądem przypomina Gandalfa. Porównanie zabawne, aczkolwiek faktycznie można doszukiwać się tutaj pewnych analogii. Wierzę jednak, że wybór ten został oparty na materiałach źródłowych.



Weltschek również sprawdził się jako inscenizator. Podczas prób przykładał dużą wagę do współpracy z aktorami, pomagając im wczuć się w odgrywaną postać oraz odpowiednio budować emocje. Co prawda w przedstawieniu znalazły się różne „dziwne” momenty, jak np. podawanie sobie przez chór nad głowami zydla, na którym ostatecznie spoczął Cesarz, czy dziwaczny taniec Chóru w I Akcie (coś jakby połączenie makareny z elementami wschodnich sztuk walki). Takich kanciastych epizodów jest jednak niewiele i całość sprawia wrażenie spójnej i dokładnie przemyślanej inscenizacji.


Warto wspomnieć, że role główne powierzono doangażowanym solistom. I tak w rolę Turandot wcieliły się Elena Baramova, Jee Hye Han, Agnieszka Kuk oraz Lilla Lee, natomiast Kalafem zostali Charles Kim, Tomasz Kuk i James Lee. Słynna aria Nessun dorma została wykonana poprawnie, do Pavarottiego trochę Panom jeszcze brakuje, ale każdy z nich trzyma poziom. Na szczególną uwagę zasługuje Liu, a raczej odtwórczynie tej roli: Dorota Wójcik oraz Patrycja Krzeszowska, które stanęły na wysokości zadania nadając obu ariom (z I i III aktu) odpowiedniego liryzmu. Pozostałe role wypadły poprawnie.



A co z przygotowaniem muzycznym? Antonii Wit jest wymagającym dyrygentem, co udowodnił podczas prób. Chyba nie zdarzyło się, by maestro nie miał uwag do wykonania danego fragmentu, zawsze było coś nie tak: albo orkiestra grała za wolno, innym razem chór śpiewał za cicho. To dążenie do doskonałości zaprocentowało w wypracowaniu niemal idealnego wykonania Puccinowskiego dzieła. Bardzo dobrze wypadł również chór, który pod kierownictwem Dawida Jarząba zdaje się przeżywać swój renesans. Nieco słabiej sprawdził się za to chór dziecięcy, który był ledwo słyszalny. W inscenizacji bierze udział również zespół baletowy, jego rola jest jednak marginalna i służy raczej jako nic nie wnoszące tło.


Turandot to tytuł, który z pewnością nieprędko zniknie z afisza łódzkiej opery. Moim zdaniem to najlepsza operowo/operetkowa premiera Wielkiego na przestrzeni ostatnich kilku sezonów. Po części za sprawą niezwykle przystępnej warstwy muzycznej, po części dzięki dopracowanej inscenizacji. Jak na debiut na deskach opery, wizja Weltscheka jest zdecydowanie udana, a na występujące w niej drobne niedociągnięcia można przymknąć oko (nawet jeśli wprawiają odbiorcę  w lekkie zażenowanie, jak wspomniany już "taniec-synchroniczny" chóru). 

Spektakl zajął III miejsce w plebiscycie na najlepszą premierę teatralną sezonu 2015/2016 portalu ŁÓDŹ JEST Kulturą 

Dodam tylko, że z mojego polecenia na spektakl wybrała się  osoba, która nie tylko nigdy wcześniej Turandot nie słyszała, ale w ogóle nie była w operze. Jej początkowo negatywne nastawienie szybko przerodziło się w entuzjazm.
 
Czy potrzeba lepszej rekomendacji?




Turandot w tym sezonie można zobaczyć jeszcze w następujących terminach:

16.12.2016 r. o 18:30

17.12.2016 r. o 18:30

18.12.2016 r. o 17:00

Wrażenia oparte na podstawie prób scenicznych przed premierą oraz spektaklu z dn. 2 października 2016 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz