czwartek, 8 grudnia 2016

Wieloświat






Sobotnie popołudnie w Empiku. W dziale prasowym wpatruję się w sekcję „kulturalną” kontemplując zasadność nabycia najnowszego numeru Toposu. Po dwumiesięcznik ten sięgam bowiemprzeważnie ze względu na dołączone do niego tomiki i to od stopnia ich wpasowania w mój gust zależy prawdopodobieństwo finalizacji zakupu. Tym razem jest to Wieloświat Doroty Filipczak. Nazwisko jakby znajome, ale jestem pewna, że nie czytałam żadnego tekst tej autorki. Bardziej jednak intryguje zdjęcie z okładki. Wieża. Jakby znajoma, ale nie mogę przypasować jej do żadnej znanej mi budowli. Pytam się mojego towarzysza, czy coś mu mówi ten budynek. Nie, zupełnie nic. Odkładam na półkę.


Niedzielne popołudnie. Wracam do Empiku i zabieram Topos. W momencie, w którym przekroczyłam próg mojego mieszkania uświadomiłam sobie, że ta wieża to gmach (były już) Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego, którego mury opuściłam trzy lata temu i który mijam codziennie w drodze powrotnej do domu. Autorka natomiast prowadziła zajęcia na filologii, co prawda ja na nie nie uczęszczałam, ale nazwisko słyszałam wielokrotnie z ust moich znajomych.



Pamięć lubi płatać nam okropne figle.



Z problemem pamięci poniekąd boryka się również Dorota Filipczak. Poniekąd, bo w przeciwieństwie do mnie, ona pamięta. Pamięta skąpane w oparach komunizmu  dzieciństwo, które dzięki zabiegom rodziców zdawało się rozgrywać w odpolitycznionej próżni. Widzi swoją matkę drepczącą z gromnicą, obserwuje dorastanie syna. Wspomina również to, czego pamiętać nie może. Losy łódzkich fabrykantów, dzieje własnych przodków. Czerpie z historii i przelewa na papier. By nie zapomnieć, by upamiętnić.

Mnie najbardziej u Filipczk pociąga miasto. Łódź, miasto wybudowane i do cna wyeksploatowane przez fabrykantów, miejsce, które przez lata zaniedbane bardziej odstraszało, niż przyciągało.

Doskonale ujmuje to Filipczak w Zwiedzaniu:
budynki bez twarzy, bez tajemnic, jak ludzie
idący na cmentarz na Wszystkich Świętych
z naręczem brzydkich sztucznych kwiatów

Wątków łódzkich jest w Wieloświecie bez liku, trochę jakby w sprzeczności w tytułem.  Przez większość czasu tkwimy w Łodzi, to ona zdaje się być może nie jedynym, ale z pewnością głównym światem autorki. To tytułowe "zwiedzanie" staje się osią tomiku. W swoich wierszach Filipczak zabiera czytelnika do miejsc nierozerwalnie związanych z historią miasta, na cmentarz, do Muzeum Włókiennictwa, Pałacu Herbsta, Palmiarni, szpitala dziecięcego, do budynków uniwersyteckich oraz na nazwane i bezimienne uliczki. Każde z nich stanowi punkt wyjścia do rozważań nad rolami, które przyszło jej pełnić: córki, matki, studentki, wykładowcy, kobiety. Autorka każde miejsce sprzęga z własnym doświadczeniem, sprawiając, że to, co w umieszczonym na początku tomiku wierszu było bez tajemnic i bez twarzy zyskuje nowy, osobisty, bardziej ludzki wymiar.

Do zrozumienia poezji Filipczak nie potrzeba wyjątkowo skomplikowanego klucza. Autorka nie ucieka w słowne kalambury, nie eksperymentuje z formą. Jej wiersze to przesiąknięte liryzmem rozważania, charakteryzujące się niezwykle plastycznym opisem, otwarte na czytelnika. Łodzianie będą mieli z pewnością łatwiej, znając miejsca i historie przywoływane przez autorkę. Dla innych natomiast tomik może pełnić funkcję dydaktyczną, skłaniając do dalszych poszukiwań i rozwijania wątków poruszonych przez autorkę. Jak choćby problemu łódzkich rzek z Niedorzecznego miasta:

 
 
Dla mnie szczególnie ważna jest zamykająca tom Wieża, w której autorka opisuje wrażenia z momentu, w którym udało jej się "posiąść" zamieszczoną na okładce wieżę. Moment, w którym Wydział Filologiczny opuszczał mury dawnego gimnazjum niemieckiego, by uwolnić się od brzemienia trudnej w utrzymaniu historii, porzucając piękną wieżę na rzecz nowoczesnych przeszklonych podłóg. To przeddzień przeprowadzki do budynku z biblioteką, która nie była w stanie pomieścić połączonych zbiorów wszystkich filologii (w budynku przy Al. Kościuszki mieściła się jedynie anglistyka i polonistyka), stąd zbędne tomiszcza należało rozdać spragnionym wiedzy studentom, a to co zostanie wysłać na przemiał.

Zamykający tomik wiersz kończy pewien rozdział, zwiastując jednocześnie nową, odmienną kontynuację. Autorki w nowoczesnych wnętrzach przy ul. Pomorskiej, jej pracy magisterskiej w postaci nowego, pro-ekologicznego produktu, a budynku z wieżą... Budynek musi poczekać. 

Obyśmy na nowy tomik Doroty Filipczak nie musieli czekać równie długo, co na pomysł zagospodarowania dawnej filologii.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz