sobota, 7 stycznia 2017

Koncert Noworoczny "Wiedeńskie Nastroje"




Jak najlepiej rozpocząć Nowy Rok?
Oczywiście w towarzystwie muzyki klasycznej.

Choć może się to wydawać dziwne, to pierwszego stycznia całe zastępy melomanów oraz osób pragnących wejść w ten nowy rok w nieco bardziej kulturalny sposób wybierają się do filharmonii czy teatrów muzycznych po to, by spędzić kilka godzin odpoczywając przy dźwiękach muzyki poważnej. 

Skąd ta tradycja?




Otóż jej „ojcem” jest słynny Koncert Noworoczny Filharmoników Wiedeńskich organizowany nieprzerwanie od 1939 r. przez Wiener Philharmoniker. Co roku w wielkiej sali Wiener Musikverein rozbrzmiewają najsłynniejsze utwory kompozytorów z rodu Straussów, okazyjnie również innych autorów stylistycznie zbliżonych do członków genialni rodziny muzyków. Koncert od lat transmitowany jest za pośrednictwem Telewizji Polskiej (oraz Polskiego Radia), co sprawia, że każdy Polak może rozpocząć dzień (koncert tradycyjnie rozpoczyna się w godzinach przedpołudniowych) od odrobiny lekkiej i przyjemnej muzyki.


Tym, którym „współuczestnictwo” za pośrednictwem radioodbiornika bądź szklanego ekranu nie wystarcza w sukurs przychodzą lokalne instytucje kultury, które wzorem Filharmoników organizują analogiczne wydarzenia. Ponieważ należę do tego grona osób, w tym roku zdecydowałam się uczestniczyć w jednym z nich, mianowicie w Koncercie Noworocznym Wiedeńskie Nastroje. Od operetki do musicalu w Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina. 

Zacznijmy od drobnej nieścisłości: podtytuł koncertu sugerował podróż od operetki do musicalu, tymczasem pierwsza cześć koncertu składała się praktycznie z samych wyimków z oper. Biorąc pod uwagę chronologię powstawania dzieł, logiczniej było by nazwać koncert „od opery do musicalu”. Zresztą, o ile do drugiej części określenie Wiedeńskie nastroje pasowało jak ulał (Strauss, operetka, walczyki itp.), tak pierwsza z Wiedniem miała niewiele wspólnego.
Orkiestrze Symfonicznej Filharmonii Łódzkiej przewodził utalentowany i obdarzony niezwykłym poczuciem humoru Brazylijczyk Jose Maria Florencio, gościnnie na scenie pojawiła się sopranistka Karina Skrzeszewska. 

fot. Dariusz Kulesza

Koncert zaczął się uroczyście i z rozmachem, bo od Poloneza z III-go aktu Eugeniusza Oniegina Piotra Czajkowskiego. Wybór nieprzypadkowy, w końcu zgodnie z tradycją bale i wielkie fety rozpoczynano właśnie od tego dostojnego tańca. Później na scenie pojawiła się Skrzeszewska, przejmująco wykonując dobrze znaną arię „Vissi d’arte” z opery Tosca. Następnie nastąpił powrót do motywu tanecznego w postaci walca Chaczaturiana z muzyki do filmu Maskarada, po którym zabrzmiała aria „Si. Mi chiamano Mimi” z Cyganerii. Było to dla mnie chyba największe zaskoczenie w całym programie, aria Mimi nie należy bowiem do tych, które najczęściej rozbrzmiewają podczas koncertów zbudowanych na motywie „znane i lubiane”, o konotacjach (lub ich braku) z „wiedeńskim nastrojem” nie wspominając. Po tym zboczeniu z bezpiecznego szlaku, orkiestra wykonała romantyczne „Intermezzo” z opery Rycerskość wieśniacza, po którym na scenę powróciła Karina Skrzeszewska z pięknym wykonaniem jednej z najbardziej rozpoznawalnych arii operowych, czyli „O mio babbino caro”. Pierwszą część zakończyła żywiołowa „Uwertura Kubańska” Gershwina, czyli nagły przeskok stylistyczny na pogranicze muzyki poważnej i jazzu z domieszką latynoamerykańskiego temperamentu.  Osobiście odebrałam ten lekko gryzący się z całością element układanki jako przedsmak drugiej części, czyli wyrwanie z uroczystego świata opery do nieco bardziej rubasznej operetki i popowego musicalu.


fot. Dariusz Kulesza 

Tak jak już wspominałam wcześniej, druga część w znacznie większym stopniu nawiązywała swoją stylistyką do tytułu całego koncertu. Na początek orkiestra wykonała najbardziej wiedeński z wiedeńskich utworów, czyli Nad pięknym modrym Dunajem Johanna Straussa, kompozycję bez której nie może obejść się żaden koncert noworoczny. Na scenę powróciła Skrzeszewska, tym razem z arią Sylwii „Heia, Heia in den Bergen” z operetki Księżniczka czardasza. Niestety, o ile w przypadku głośniejszych i bardziej wyciąganych arii operowych nie można było narzekać na jakość dźwięku, tak w przypadku utworów operetkowych muzyka zaczęła wyraźnie zagłuszać sopranistkę, sprawiając, że momentami była kompletnie niesłyszalna dla widza. Całe szczęście przy kolejnych utworach wokalistka zdecydowała się skorzystać z dogłośnienia w postaci mikrofonu, co nieco poprawiło komfort odbioru koncertu. Po dość dobrym wykonaniu znanej z koncertów Filharmoników Wiedeńskich zabawnej Pizzicato Polki rozbrzmiała aria z Piękny jest ten świat Franza Lehara „Ich bin so verliebt”. Trzeba przyznać, że podobnie jak w przypadku śmiałego wyboru mało chwytliwej arii Mimi, i tym razem Florencio poszedł nieco pod prąd decydując się wprowadzić do programu fragmenty nieco mniej popularnych operetek. Później nadszedł czas na część musicalową, w której usłyszeliśmy uwerturę do musicalu West Side Story (z drobnym udziałem publiczności pokrzykującej „Mambo!”), arią Krystyny „Think of me” z Upiora w operze (tutaj z drobnym udziałem samego maestro, który zaśpiewał kwestię Raoula) oraz dobrze znane „Przetańczyć całą noc” z My Fair Lady (niestety w wersji polskiej, za którą osobiście nie przepadam). 

fot. Dariusz Kulesza

Finał rozpoczął się od odegrania „staropolskim zwyczajem” Mazura ze Strasznego dworu. Po nim nastąpiły dwa, sztampowe do bólu utwory. Każdy, kto choć kilka razy w życiu miał okazję zobaczyć galę z udziałem śpiewaków operowych wie, że kończy się ona wspólnym odśpiewaniem „Libiamo” z I aktu La Traviaty (niezbędny atrybut: dzierżony w dłoni kieliszek szampana). Nie inaczej było i tym razem. Z braku innego kandydata, w rolę Alfreda wcielił się Florencio i o ile w przypadku niskiego „Think of me” wyszło mu to całkiem zgrabnie, tutaj maestro pokazał jednak, że zdecydowanie lepiej czuje się jako dyrygent, niż solista. Na bis zabrzmiał zamykający co roku wiedeński koncert Marsz Radeckiego, analogicznie wykonany z lekkim przymrużeniem oka i akompaniamentem klaszczącej w rytm publiczności. Całość zwieńczyła aria „Usta milczą” z Wesołej wdówki. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu w odśpiewanie utworu włączyła się publiczność. Tak, widzowie zgromadzeni w Filharmonii Łódzkiej śpiewali razem ze Skrzeszewską wzruszającą arię o miłości. Tym pięknym akcentem zakończył się koncert, a wszyscy w podniosłych nastrojach rozeszli się do domów.

 fot. Dariusz Kulesza

Jeśli chodzi o aspekty stricte muzyczne, to oprócz poważnego problemu ze słyszalnością Skrzeszewskiej na początku drugiej części, całość prezentowała się na dość dobrym poziomie. Oczywiście każdy ma swoje własne upodobania i każdy pewnie poczuł jakiś niedosyt (jak np. ja podczas Maskarady, która moim zdaniem była grana nieco zbyt delikatnie i ze zbyt małym ładunkiem emocjonalnym), jednak każde wykonanie, zarówno w przypadku orkiestry, jak i Skrzeszewskiej było dopracowane i wykonane na najwyższym poziomie. Florencio pełnił podczas koncertu również rolę konferansjera, która jak wiadomo do najłatwiejszych nie należy. Moim zadaniem wypadł dość przyzwoicie, utrzymując koncert w nieco żartobliwej konwencji, jednak nie przekraczając cienkiej granicy dzielącej dobry smak od zwykłej błazenady. Jedyne z czym miałam poważny problem, to program, który ni jak miał się do tytułu i który zdawał się stanowić po prostu zlepek przypadkowych utworów. Najbardziej raziła rozbieżność pomiędzy poważną częścią pierwszą a lekką i żartobliwą częścią drugą. Wyszedł mały groch z kapustą, ale jak wiadomo i tego rodzaju danie ma wielu swoich amatorów.

Na koniec jedno spostrzeżenie: jestem pod ogromnym wrażeniem liczby osób, które biorą udział w tego typu wydarzeniach. Sala była pełna, z tego, co wiem podobny tłok panował na sylwestrowym koncercie w łódzkim Teatrze Wielkim. Skąd to zainteresowanie ludzi muzyką klasyczną? Nie uwierzę, że wszyscy z nich są melomanami, muzyka poważne nie należy do najczęściej słuchanych gatunków. Skąd więc to pragnienie, by rozpocząć nowy rok w takim miejscu?

No cóż, na to pytanie nie ma chyba jednej uniwersalnej odpowiedzi. Nie mniej jednak taka frekwencja cieszy i przywraca wiarę w to, że instytucje promujące kulturę wysoką są jeszcze w naszym kraju potrzebne.

 
 fot. Dariusz Kulesza

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz