niedziela, 1 stycznia 2017

Pasażerowie


… czyli jak zepsuć film z potencjałem. 

*UWAGA: będą spoilery. Inaczej się nie da.* 

Pasażerowie to film, który mógł być filmem dobrym, a nawet bardzo dobrym. 

Zaczyna się dość ciekawie, zwiastując naprawdę dobre i trzymające w napięciu kino. Niestety, w pewnym momencie wszystko zaczyna zmierzać w zupełnie złym kierunku. Film możemy podzielić na trzy części. Pierwsza część zaczyna się od zarysowania tła. Znajdujemy się na statku Avalon, który podąża w kierunku nowej planety, gdzie znajdujący się na pokładzie śmiałkowie mają założyć nową kolonię. Ponieważ czas potrzebny na pokonanie dystansu dzielącego Ziemię i cel podróży wynosi ponad 100 lat, zarówno pasażerowie, jak i członkowie załogi podróżują pogrążeni w hibernacji. W pewnym momencie na pokładzie dochodzi jednak do awarii, w wyniku której jedna z kapsuł hibernacyjnych ulega rozprogramowaniu wybudzając przedwcześnie mechanika Jima. Bohater dość szybko orientuje się, że obudził się, bagatela, 90 lat przed czasem. Co gorsza - jako jedyny. 

W tym momencie rozpoczyna się dość ciekawy wątek podkreślający, w jak beznadziejnym położeniu znalazł się Jim. Bohater nie dość, że musi poradzić sobie z samotnością (oprócz niego na pokładzie przebywają jedynie roboty, w tym sympatyczny barman-android), to jeszcze musi skonfrontować się z wizją spędzenia całego swojego życia na pokładzie Avalonu. Co prawda ma zapewniony wikt i opierunek (niekończące się jedzenie, wszelkiego rodzaju rozrywki, lekarstwa), co nie zmienia faktu, że do końca swoich dni pozostanie w tym dryfującym w przestrzeni kosmicznej więzieniu. Widzimy, jak zmienia się nastawienie bohatera, od próby zrozumienia nowej sytuacji, poprzez determinację i wolę walki, rezygnację połączoną z myślami samobójczymi, aż po pogodzenie się ze swoim losem. A przynajmniej tak się nam, widzom, tylko wydaje.

Nasz bohater zakochuje się w pogrążonej we śnie pisarce Aurorze (tak, dobór imienia nie jest przypadkowy). Niczym stalker gromadzi informacje z jej życia, przegląda wszystkie dostępne dane, oglądając wywiady, czytając książki jej autorstwa. Uczucie jest na tyle silne, że pojawia się dylemat moralny: czy może „wybudzić” ukochaną, tym samym wprowadzając dozę optymizmu do swojego samotniczego życia (od momentu awarii minął już rok), tym samym pozbawiając szczęścia Aurorę i skazując ją na spędzenie reszty życia w zamknięciu? Czy ma prawo decydować o życiu innej osoby? Okazuje się, że zauroczenie wygrywa i piękna Aurora budzi się ze snu. 


I tutaj zaczynamy cześć drugą. Niestety. 

Bo z ciekawego filmu poruszającego jednak dość istotny dylemat moralny przenosimy się do komedii romantycznej. Nagle problem klaustrofobicznego położenia bohaterów przestaje mieć znaczenie. Aurora praktycznie od razu zakochuje się w Jimie (przystojny chłopak, nie ma się co jej dziwić), spędza z nim czas na grze w koszykówkę, wystawnych kolacjach w restauracji, beztroskich rozmowach z barmanem. Napięcie pierwszej części zupełnie się rozmywa, nie ma tutaj żadnej głębi. Słodycz kapie z każdego kadru, a wokół zaczyna roztaczać się mdlący zapach róż. 

Oczywiście sielanka nie trwa wiecznie, bo Aurora w końcu dowiaduje się, że za jej wybudzeniem nie stoi awaria (tak, jak usiłował wmówić jej to Jim), a ingerencja jej ukochanego. Tutaj na chwilę klimatem wracamy do części pierwszej, ponownie zagłębiając się w to, co dzieje się w psychice bohaterów. Co prawda pojawiają się opinie, że reakcja bohaterki jest przerysowana, jednak moim zdaniem jest ona dość trafna. Przypominam: Jim dla własnej zachcianki pozbawia Aurorę szczęścia (a poniekąd również i życia). Jest to czyn egoistyczny, dla którego nie można znaleźć żadnego usprawiedliwienia. Nic więc dziwnego, że bohaterka przeżywa szok, dopuszczając się nawet rękoczynów. Jest to w pełni zrozumiałe. Nie mniej widząc jej reakcję i ponowne napięcie płynące z ekranu wydaje się, że wracamy klimatem do początku filmu. 

Niestety, przychodzi część trzecia. 

Przez cały film napływają do nas informacje o kolejnych usterkach pojawiających się na statku. W pewnym momencie okazuje się, że tak naprawdę nasi bohaterowie znajdują się na futurystycznym odpowiedniku Titanika, który po zderzeniu z meteorytem zaczyna tonąć. Statek się rozpada, a wraz z nim następuje rozkład fabuły. Bo nagle porzucamy psychologiczne dylematy, przenosząc się do filmu akcji z aspiracją do kina katastroficznego. Warto dodać, że dość kiepskiego. Nagle fabuła zaczyna poważnie szwankować. O ile początek rozwijał się dość powoli, tak teraz akcja nabiera tempa do takiego stopnia, że twórcy filmu idą na skróty. Bohaterowie praktycznie od razu otrzymują klucz do rozwiązania problemu. „Zupełnie przypadkowo” pojawia się kuriozalna postać Gusa, który oprócz swoich uprawnień kapitańskich, którymi dzieli się z Aurorą i Jimem nie wnosi do fabuły zupełnie nic. Wymazane zostają uczucia bohaterów, które mogłyby budować napięcie. Napięcia nie ma również w finale, który jest przewidywalny aż do bólu. O kiczowatym zakończeniu z biegającymi po pokładzie Avalonu kurami już nawet nie chce mi się rozpisywać.


Porównując początek i zakończenie filmu można odnieść ważenie, że tak naprawdę widzieliśmy dwa zupełnie odmienne obrazy. Początkowy suspens zamienił się w serię tanich chwytów łapiących za serce widza. A przecież można było ten film uratować. W czasie seansu miałam nadzieję, że scenarzysta zagra widzom na nosie i uśmierci Jima. Wówczas osamotniona Aurora mogłaby pójść w ślady swojego „ukochanego” i wybudzić kolejną osobę. Taka klamra zaowocowałaby znacznie lepszym odbiorem filmu, pobudziłaby do dyskusji podkreślając, że jednak motywem przewodnim tej historii jest samotność i to, do czego zdolny jest każdy z nas, by sobie z nią poradzić. 

Ale nie, lepiej jest postawić na miłość i wybrać wersję „i żyli długo i szczęśliwe”. 

Nie znaczy to jednak, że oglądanie Pasażerów jest jakąś wyjątkową mordęgą. Pominąwszy rozczarowujący scenariusz, realizacyjnie film trzyma dość przyzwoity poziom. Dobór aktorów zdecydowanie przemawia na plus recepcji obrazu. Co prawda nie uważam ani Lawrence, ani Pratta za aktorów wybitnych, ale moim zdaniem spełnili oni oczekiwania stawiane im przez konstrukcję scenariusza. Wizualnie film prezentuje się dość interesująco, wnętrza statku świetnie współgrają z utrzymanymi w klimacie futurystycznym kostiumami stanowiąc spójną całość. Natomiast jeśli chodzi o muzykę… Oprócz „Like a rolling stone” Dylana nie mogę sobie teraz, niecałe 48 godzin po seansie, przypomnieć żadnego motywu z filmu. A to niestety nie świadczy zbyt dobrze o warstwie muzycznej tej produkcji. 

Powiem wprost: Pasażerowie mnie rozczarowali. Raz, że po obejrzeniu trailera wmówiłam sobie, że za serią awarii statku stoi jakaś bardziej rozbudowana historia, dwa, że wątek moralny został w końcowej części filmu wymazany gumką stawiając na piedestale bezgraniczne i silne uczucie łączące naszych bohaterów. Motyw Amor vincit omnia moim zdaniem został w ponad stu letniej historii kina wyeksploatowany już do tego stopnia, że nie sam w stanie się obronić. To już nie wystarcza. 

Mam nadzieję, że doczekam momentu, w którym duże produkcje będą co najmniej aspirowały do kina ambitnego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz