niedziela, 22 stycznia 2017

Powidoki



Mistrza krytykować nie wypada. Zwłaszcza jeśli niedawno rozstał się z tym światem. Zwłaszcza, jeśli właśnie na ekrany kin weszło jego ostatnie dzieło. Zwłaszcza, jeśli miało ono stanowić pewnego rodzaju ostatnie zdanie artysty. 

Zwłaszcza, jeśli nie jest ono tym, czym spodziewaliśmy się, że będzie.

Od momentu premiery Powidoków, ostatniego filmu Andrzeja Wajdy z nieustannym zainteresowaniem śledzę wypowiedzi krytyków filmowych oraz przedstawicieli ze świata kultury i sztuki na temat tego obrazu. Im bliższy związek danej osoby z reżyserem, tym opinie są bardziej przychylne. Zdaniem wielu jest to film ważny i w sumie ciężko jest się z tym zdaniem nie zgodzić. Historia, którą śledzimy na ekranie idealnie wpisuje się w nurt „anty-systemowych” filmów Wajdy. Twórca Człowieka z marmuru po raz kolejny rozprawia się z historią, tym razem cofając się do lat naznaczonych dominacją stalinizmu na ziemiach polskich. Posługując się postacią wybitnego polskiego malarza awangardowego, Władysława Strzemińskiego, pokazuje jak bardzo nieprzystawalność do systemu i brak zamiaru porzucania własnych idei na rzecz narzuconego nowego kierunku w sztuce, mogła zniszczyć karierę i życie artysty. Brak woli kolaboracji oznaczał upadek, jedynie poddanie się gwarantowało możliwość spełnienia się i wykonywania własnego zawodu. Na ekranie obserwujemy artystę, który pozostając wierny „zakazanej” sztuce awangardowej, traci wszystko, począwszy od stanowiska, po utratę uznania, czegoś, na co pracował przez całe swoje życie. Poprzez swój film Wajda jasno komunikuje, jak wielkie zagrożenie dla swobody własnej ekspresji stanowi polityka, co poniekąd stanowi doskonały komentarz (raczej niezamierzony) do sytuacji panującej obecne w Polsce. Treści w nim poruszane są ważne, to nie tylko doskonała lekcja historii, ale również przestroga, którą należy wziąć sobie do serca.


Przyznaję, koncepcja filmu była interesująca. Jednak to, z czym przychodzi się widzowi zmierzyć to realizacja, a tutaj jest już znacznie gorzej. 


Podczas jednego z wywiadów wcielający się w główną rolę Bogusław Linda w sposób dość dosadny określił scenariusz Powidoków. Nie było to stwierdzenie pozbawione podstaw, bowiem największą bolączką tego filmu są dialogi. Już dawno w trakcie seansu nie miałam sytuacji, w której czułam zażenowanie tym, co słyszę. Aż trudno uwierzyć, że Andrzej Mularczyk, twórca z wieloletnim doświadczeniem (co prawda specjalizujący się w tekstach o zabarwieniu humorystycznym, ale warsztatowo raczej niezawodny), mógł stworzyć tak „drewniane” dialogi, prowadzone zupełnie bez polotu, jakby od niechcenia. Sam sposób przedstawienia postaci Strzemińskiego jest dużym uproszczeniem. Zamiast powplatać w cały scenariusz drobne szczegóły z życia twórcy, widz otrzymuje wykład o znaczeniu Strzemińskiego dla sztuki polskiej przeprowadzony podczas wycieczki szkolnej w sali neoplastycznej łódzkiego Muzeum Sztuk Pięknych. Brzmi to sztucznie, a jeśli dodamy do tego fakt, że w wycieczce uczestniczy Nika Strzemińska, której nauczycielka nagle zadaje pytanie, czy Strzemiński i Kobro są jej rodzicami (odpowiedź: tak, ale oni nie są razem), to otrzymujemy sytuację dość kuriozalną. W przeciągu kilku minut widz otrzymuje na talerzu wiedzę dotyczącą Strzemińskiego. Nie jest to jedyny wykład w filmie. Cały film okraszony jest przydługimi cytatami z Teorii widzenia, publikacji, którą potajemnie, przy pomocy studentów tworzy malarz, spisując w niej swoją koncepcję dotyczącą percepcji sztuki. Momenty, w których Linda zaczyna cytować treść książki są równie kanciaste i przyczyniają się do utraty płynności filmu.

Jednak moją „ulubioną” sceną jest pogrzeb Kobro, podczas którego dwie starsze panie głośno komentują czerwony płaszczyk, w którym na pogrzeb matki wybrała się Nika. Dziewczynka nerwowo odpowiada, że nie ma innego, ściąga go i zakłada czarną podszewką na wierzch Rozumiem, że scenarzysta chciał podkreślić kiepską sytuację materialną córki Strzemińskiego, ale czy nie można było zrobić tego w sposób bardziej subtelny? 

Ale problemem są nie tylko dialogi. Wszystkie postaci ukazane w filmie są papierowe, mamy bohaterów dobrych i złych, brakuje osób niejednoznacznych. Komuniści są źli, studenci działają w imię dobra. Ciekawą postacią mogła zostać zadłużona w profesorze Hania (Zofia Wichłacz), jednak jej postać pozostaje nierozbudowana. Nie oczekiwałam burzliwego romansu, ale można było nieco w bardziej wyrazisty sposób zaprezentować jej uczucie. Tymczasem w Powidokach wszystko jest miałkie i bez wyrazu. 


Słabe dialogi i brak wyrazistych postaci nie pomagały aktorom, którzy spisali się w filmie w zdecydowanej większości przypadków dość przeciętnie. Krzysztof Pieczyński jako Julian Przyboś moim zdaniem nie dostał możliwości rozbudowania swojej roli. Należę również do tego grona osób, których nie przekonał Bogusław Linda w roli Strzemińskiego. Wydaje mi się, że nie został obsadzony błędnie, w końcu hardy malarz nie odbiega swoim charakterem od typowych twardzieli, w których do tej pory aktor miał okazję najczęściej się wcielać. Jednak kombinacja jego wyzutego z emocji stylu grania z nijakimi dialogami sprawiła, że wzmaga on tylko sztuczność wydźwięku całego filmu. Błędem w castingu była natomiast Bronisława Zamachowska, która sportretowała Nikę Strzemińską w sposób nie tyle co sztuczny, co wprost irytujący. Jej bohaterka miota się po ekranie, recytuje kwestie i przypomina bardziej uczennicę grającą w szkolnym teatrzyku, niż w filmie Wajdy. 

Film ratują zdjęcia Pawła Edelmana, który w dość umiejętny sposób prezentuje powojenną Łódź. Nie jest to może majstersztyk, choć w całym filmie znalazły się dwie sceny, które zapadają głęboko w pamięć: rozpoczynająca film scena z flagą oraz scena z manekinami pod koniec obrazu. Te dwa momenty dodają nieco głębi do tego dość sztucznego dzieła. Osobiście do gustu przypadło mi również ujęcie przed łódzkim, umierającym już, kinem Tatry, które sam reżyser darzył sentymentem.

Ostatni film Wajdy miał być polskim kandydatem do Oskara. Wybór ten jest dla mnie wyjątkowo kuriozalny i jeśli „nominujący” myśleli, że nazwisko stojące za tą produkcją wystarczy, to grubo się mylili. Ten film jest bowiem dość przeciętny i gdyby nie fakt, że jego reżyser zmarł, z pewnością opinie na jego temat byłyby ostrzejsze i bardziej dosadne. Najbardziej ucierpiał na tym jednak nie Wajda, ale Strzemiński, który zdecydowanie zasługuje na lepszy portret. Całe szczęście Powidoki z założenia nie miały koncentrować się na przeszłości artysty, a raczej na wątku politycznym, stąd może za jakiś czas doczekamy się jakiejś pełnokrwistej biografii artysty. 

Oby z innym autorem scenariusza. 
I bez Zamachowskiej. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz