środa, 8 lutego 2017

Amerykańska sielanka - film



Niektóre filmy nie powinny być ekranizowane. Po prostu czasami lepiej jest pozostawić literaturę samej sobie i dać jej prawo do istnienia w obrębie tekstu pisanego.

Okazuje się bowiem, że to, co świetnie sprawdza się na papierze, nie zawsze równie dobrze radzi sobie na ekranie. Wbrew nadziejom twórców literatura, nawet ta najwyższych lotów, nie obroni się sama, nawet przy przeniesieniu na ekran w konwencji 1 do 1.


Zacznijmy od pierwowzoru. Amerykańska sielanka Philipa Rotha jest powieścią dobrą, skomplikowaną, poruszającą wiele ważnych problemów. To przede wszystkim historia rodziny Levov, która, choć na pierwszy rzut oka zdaje się być idealna, musi zmierzyć się z trawiącymi ją od wewnątrz demonami. Dodam tylko, że postać córki-terrorystki jest tylko jednym z nich, może tym najpoważniejszym i najbardziej naruszającym mir domowy, co nie zmienia faktu, że dokładają się do tego kolejne cegiełki, które prowadzą ku unicestwieniu pozytywnych relacji rodzinnych. Ale na tym nie koniec. Jak już wspominałam w recenzji książki, Roth sięga dalej, przygląda się przechodzącemu metamorfozę społeczeństwu amerykańskiemu przełomu lat 60 i 70 ubiegłego wieku, które nie wie, czy powinno bronić strony konserwatywnej, czy dać się zwabić urokom nowego, wyzwolonego stylu życia. To powieść złożona, tocząca się na co najmniej dwóch płaszczyznach. Trudna, ale mimo to wciągająca. 

Czytając książkę doszłam do wniosku, że jest to dobry materiał na film. Historia Levovów jest na tyle nieoczywista, skrywa w sobie tyle problemów, tyle wątków do poprowadzenia, że zdaje się być idealnym punktem wyjścia do stworzenia dramatu psychologicznego opartego na bogatym podłożu psychologiczno-społecznym. To, co dzieje się w psychice bohaterów, ich stopniowe zbliżanie się do paranoi, stanowi ciekawy element do analizy.


Nie ja jedna doszłam do takiego wniosku. Ekranizacji powieści Rotha podjął się bowiem Ewan McGregor, aktor znany z takich blockbusterów jak Trainspotting czy Moulin Rouge!. Otóż za pomocą Amerykańskiej sielanki zdecydował się on zadebiutować jako reżyser pełnometrażowego obrazu a także zagrać w nim główną rolę. To połączenie złożoności tekstu oraz podwójnej roli McGregora okazało się przesądzić o ostatecznej ocenie filmu, który w oczach większości krytyków i widzów prezentuje się dość przeciętnie.

Jego podstawowym problemem jest zbyt wierne bazowanie na pierwowzorze. Siła powieści tkwi bowiem w dialogach, które w przypadku papierowej wersji Amerykańskiej sielanki prowadzone są wartko i zajmująco. McGregor w swojej ekranizacji również postanowił uczynić dialog główną siłą napędową filmu, co doprowadza do sytuacji, w której obraz staje się zdecydowanie „przegadany”, a prawdziwej akcji jest w nim jak na lekarstwo. Decyzja o utrzymaniu filmu w takiej konwencji oczywiście nie skazuje go z góry na porażkę. Istnieje wiele obrazów (choćby z okresu dominacji Polskiej Szkoły Filmowej), które opierają się na słowie i mimo szczątkowej akcji potrafią przyciągnąć uwagę widza i go zaangażować emocjonalnie w historię rozgrywającą się na ekranie. W debiucie McGregora tej „magii” jednak zabrakło. Dialogi są sztywne (choć nie aż tak, jak w Powidokach), gra aktorska, która powinna wprowadzać dynamikę do filmu, szwankuje. Momentami odnosiłam wrażenie, że aktorzy odgrywają mało zajmujące „scenki”, a nie starają się stworzyć pełnometrażowego, jednolitego obrazu. Wygląda to mniej więcej tak: scena ojciec i córka na wyjeździe *ciach!*, scena rozmowa z terapeutką *ciach!*, uroczystość rodzinna *ciach!*.


Rozumiem doskonale, gdzie tkwi problem. Ten brak płynności wynika z powieści, której achronologiczny układ poniekąd wymusza tego rodzaju fragmentaryczność. Pojawiające się co chwilę w książce liczne retrospekcje dobrze wpisują się w konwencje tekstu, jednak poukładane w kolejności chronologicznej na ekranie sprawiają, że tak naprawdę nie wiadomo, jak je odebrać. I tak to, co dobrze gra to w książce na ekranie wprowadza element sztuczności sprawiając, że zwłaszcza pierwsza część filmu, otrzymuje charakter przeglądowy.

A skoro już mowa o wierności tekstowi, to niestety twórcy wzięli z książki więcej, niż było potrzeba. W przypadku powieści o tak wielu rozgałęzieniach należy przeprowadzić selekcję i zdecydować o czym tak naprawdę będzie film i co z opasłego tomiszcza jest niezbędne to prowadzenia konkretnego wątku. Gdy czytając książkę myślałam o ekranizacji, do głowy przychodził mi film z wyeksponowanym wątkiem rodziny, okrojony z tego, od czego cała te historia się zaczyna. Bo o ile w książce postać narratora, alter-ego Rotha, miała jakiś sens, tak wprowadzenie do filmu wątku zjazdu absolwentów nie wniosła do fabuły kompletnie nic i film mógłby się bez niej spokojnie obejść. Poza tym wspominałam już, jak ważną rolę pełni w książce tło socjologiczno-kulturowe i zachodzące w społeczeństwie zmiany. McGregor również zapragnął oddać ten element w swoim filmie, jednak zrobił to w postaci materiałów zaczerpniętych z telewizyjnych wiadomości, co niestety zamiast wzbogacić obraz, sprawiło, że widz niezaznajomiony z treścią powieści nie do końca może wychwycić po co te materiały się w obrazie znalazły i jaki cel one tam spełniają.


Jak już wspomniałam, w filmie szwankuje również gra aktorska. Najlepiej na ekranie radzi sobie Dakota Fanning, która chyba jako jedyna na całym planie była w stanie wykrzesać z siebie jakiekolwiek emocje. Rola Dawn została w filmie wyraźnie zredukowana, w skutek czego odgrywająca ją Jennifer Connelly nie otrzymałam nawet pola do zaprezentowania swojej postaci. Najbardziej rozczarowuje jednak sam McGregor, który w roli Szweda zachowuje się tak, jakby wyparowały z niego wszelkie emocje i zdolności aktorskie. Nawet sceny, w których teoretycznie reaguje emocjonalnie, nie robi tego w sposób przekonujący. Nie wiadomo, czy wynika to z bariery wczucia się brytyjskiego aktora w postać żydowskiego Amerykanina, czy może po prostu z faktu pełnienia podwójnej roli przy produkcji tego filmu. Osobiście stawiam na to drugie. Wygląda to trochę tak, jakby McGregor nie miał zupełnie pomysłu na swoją postać, co zważywszy na jej kluczową rolę w filmie, wpływa źle na odbiór całości obrazu.

Nie oznacza to, że Amerykańska sielanka jest zła. Ona po prostu jest nudna i przez to ciężko strawna. Trzeba jednak przyznać, że to, co leży poza stroną typowo fabularną filmu stoi na naprawdę dobrym poziomie. Bardzo dobrze zostały tutaj odzwierciedlone realia przełomu lat 60. i 70. minionego wieku, lokacje i kostiumy zaprojektowane zostały z umiarem i ze smakiem. Jednak zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu są zdjęcia. To element, który zadziałał i który zasługuje na uznanie, zwłaszcza pod względem operowania nasyceniem koloru i światłem. Autor zdjęć, Martin Ruhe, wprowadził w filmie wyraźne rozdzielenie ciepłych scen „sielanki” z chłonnym „rozpadem”. Wizualnie film stoi na naprawdę zadowalającym poziomie i gdyby nie jego statyka, oglądałoby się go bardzo dobrze.

Nie da się ukryć, że McGregor podejmując się realizacji Amerykańskiej sielanki porwał się z motyką na słońce. I to podwójnie: nie dość, że wybrał dzieło ambitne, oparte na dialogach i licznych retrospekcjach, to jeszcze zaangażował się zarówno jako reżyser i aktor. Tej książki nie powinno się ekranizować, z pewnością nie z taką dozą wierności i zdecydowanie nie przez kogoś, kto o reżyserii wie naprawdę niewiele. A McGregor powinien na początku skupić się jedynie na reżyserii. Nie każdemu jest bowiem dane zostać Orsonem Wellesem. Niestety. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz