sobota, 4 lutego 2017

Król






Gdybym miała polecić komuś prawdziwą, męską literaturę, bez wątpienia byłby to Twardoch i jego najnowsza powieść. Król ma bowiem wszystko o czym prawdziwy (stereotypowy) mężczyzna chce słyszeć: przemoc i seks. Są samochody, jest sport (i to nie byle jaki – boks), nie zabrakło również lejącego się strumieniami alkoholu.

A dla tych, których ambicje sięgają nieco dalej również mam dobrą wiadomość: Król to solidnie napisana powieść, gdzie obok poćwiartowanego ciała znajdzie się również chwila na odrobinę liryzmu i refleksji. Ale to tak symbolicznie, bo od przybytku głowa czasem może jednak zaboleć. I to dość mocno. 



Szczepan Twardoch przyzwyczaił nas do solidnej i dopracowanej prozy. Pamiętam doskonale, jak niemalże każdy rozpływał się nad jego Morfiną, późniejszy Drach został przyjęty równie entuzjastycznie. Teraz przyszedł czas na nową powieść, która jeszcze przed wydaniem wzbudziła na rynku dość żywe (i to w większości pozytywne) emocje, a prawo do jej ekranizacji zakupił Canal+. Tylko czekałam, aż Król zostanie ogłoszony wydarzeniem literackim roku, ale całe szczęście casus Kronosa Gombrowicza się nie powtórzył i najnowsze dzieło Twardocha nie okazało się być przereklamowane. 

Choć doskonałe też nie jest. 

Zacznijmy od tego, co w Królu jest dobre, a jest to przede wszystkim fabuła. Akcja książki rozwija się w taki sposób, że sama pcha czytelnika do przodu, wywołując syndrom „jeszcze jednej strony”. Powieść toczy się w 1937 r., momencie, kiedy Polska znajduje się o krok od rozpoczęcia zagłady. W powietrzu czuć niepokój wywołany sytuacją rozgrywającą się za zachodnią granicą, poczucie zagrożenia szerzy się zwłaszcza wśród zbiorowości żydowskiej, która spotyka się z coraz to większą niechęcią również w kraju. Wśród Polaków wzmacniają się postawy narodowościowe i antysemickie, co owocuje m.in. wprowadzeniem getta ławkowego na uczelniach oraz rozprzestrzenianiem plotek o domniemanym zamachu stanu.

Jak łatwo się można domyślić, wizja stolicy końca lat 30 minionego wieku nie ma w sobie nic z belle epoque, Warszawa Twardocha to nie miejsce kabaretów, kawiarni i namiętnych tang, a miasto rządzone przez gangsterów, których porachunki przybierają niekiedy najbardziej brutalne formy. To miasto bezprawia, które w garści ściska Kum Kaplica wraz ze swoimi zaufanymi pomagierami, w tym m.in. przystojnym bokserem Jakubem Szapiro. To oni decydują o tym, kto będzie mógł spać bezpiecznie, a kto zapadnie się pod ziemię lub raczej utonie w okolicznych gliniankach. Warszawa to miasto brudu, przemocy, spelunek i burdeli. Warszawa to miejsce niebezpieczne, w którym raczej nie chcielibyśmy mieszkać. Trochę taki Nowy Jork, tylko przefiltrowany przez polskie zamiłowanie do obijania przeciwników po gębach i naszą narodową butę.

Co co trzeba przyznać Twardochowi, to zdolność do dobrej konstrukcji świata powieści. Wypełnił on swoją książkę nie tylko interesującymi miejscami, ale również ciekawymi postaciami, niejednoznacznymi, pełnymi różnych, często sprzecznych emocji. Są to postacie nieoczywiste, które choć na pierwszy rzut oka zdają się być bezdusznymi maszynami do zabijania, największą walkę toczą tak naprawdę sami ze sobą. To właśnie te zmagania tworzą oś powieści i odpowiadają za intersujący zwrot akcji, który wprowadzony dość subtelnie zmienia zupełnie odbiór treści książki. Ten oryginalny zabieg sprawia, że książka zaskakuje i zyskuje sympatię zarówno krytyków, jak i przeciętnych czytelników.

Niestety, w warstwie postaci skrywa się również pięta achillesowa Króla. 

Jak napisałam we wstępie, Król jest powieścią, którą można spokojnie polecić każdemu czytającemu mężczyźnie. Jest to bowiem historia, w której to właśnie mężczyzna odgrywa główną rolę i który znajduje się w centrum uwagi. Kobiety spychane są na drugi plan, stanowiąc najczęściej worek treningowy lub obiekt fascynacji seksualnych. Przedstawicielki płci pięknej nie mają w Królu zbyt wiele do powiedzenia, są traktowane przedmiotowo. I nawet jeśli jednej z nich udaje się uwolnić, to tak naprawdę jest to wolność połowiczna. Ryfka Kij, bo o niej mowa, zostaje sprowadzona do roli opiekunki, która bezgranicznie oddana miłości nie potrafi opuścić ukochanej osoby i tylko dzięki temu jest w stanie poprowadzić akcję książki do epilogu. I chociaż w tle pobrzmiewa gdzieś echo emancypacji, a część bohaterek jest wysportowanymi Żydówkami, kobietami nowej ery, to jednak tak naprawdę to „wysportowanie” nie znajduje odzwierciedlenia w ich działaniu, a raczej rzutuje na atrakcyjną powierzchowność. Trudno tutaj osądzić, na ile jest to zabieg literacki, a na ile wyraz osobistych upodobań autora. Nie mniej jednak papierowość postaci kobiecych psuje przyjemność lektury. Zwłaszcza dla przedstawicielek płci pięknej. 

A skoro poruszyłam już osobiste upodobania autora, to tutaj pojawia się pewien dylemat. Twardoch pokazuje Królem, że wypracował sobie już pewien styl, który sukcesywnie kontynuuje od momentu Morfiny. Silni mężczyźni dominujący kobiety, to tylko drobny element szablonu, którym zdaje się posługiwać autor. Dodajmy do tego tło historyczne, miasto oraz motyw wojenny, a już otrzymujemy pewien wzór, w którym za każdym razem pojawiają się inne wartości, ale które w rezultacie prowadzą do tego samego. Nie jest to powód do krytyki, w końcu wypracowanie własnego, rozpoznawalnego stylu charakteryzowało tych najwybitniejszych literatów. Jak jednak pisałam już w recenzji Osiołkiem Stasiuka, w takim przypadku o krok jest od popadnięcia w rutynę. I o ile cześć czytelników lubi to, co już zna i czuje się bezpiecznie w tego rodzaju stylistyce (patrz wszelkie powieści Dana Browna), to jednak niektórzy mogą poczuć, że ktoś próbuje podać im odgrzewanego kotleta i szybko się zniechęcą. Król takiego uczucia raczej w nikim nie wywoła i raczej nikt nie powinien poczuć przesytu zabiegami Twardocha, natomiast przyszłość rysuje się dość niepewnie.

Czytając Króla warto również wziąć poprawkę na to, że po Morfinie Twardoch zaczął przechylać się wyraźnie w stronę literatury rozrywkowej. Jest to wciąż twórczość ambitna, aczkolwiek skrojona pod potrzeby przeciętnego czytelnika, który po książkę sięga przede wszystkim dla relaksu, a nie dla doznania jakiś głębszych przeżyć intelektualno-duchowych. Absolutnie nie jest to zarzut piętnujący tę powieść, w końcu takiej literatury również potrzebujemy na rynku i lepiej, jeśli będzie ona napisana porządnie i z klasą. Nie jest to również książka historyczna. Akcja w niej opisana toczy się co prawda w określonym momencie w przeszłości a bohaterowie wzorowani są na autentycznych postaciach, ale te odwołania pozostają wciąż jedynie w strefie inspiracji. I tak, jak nie należy się uczyć historii od Sienkiewicza, tak nie należy osądzać Twardocha pod względem wierności historycznej. 

Król jest doskonałą powieścią popularną, która momentami aspiruje do bycia czymś więcej. Unoszący się nad Warszawą kaszalot ma za zadanie dodawać nieco nieoczywistości i poetyki do tekstu, ale chyba bardziej przeszkadza w odbiorze treści, niż ją wzbogaca. Jest to zabieg niepotrzebny, bo zważywszy na wartką i dość ciekawą fabułę, polifoniczność treści oraz interesujący zabieg narracyjny, tekst ten nie wymagał dodatkowych ingerencji. Co za dużo, to nie zdrowo. Mimo to nowego Twardocha warto przeczytać, o ile oczywiście ktoś nie czuje przesytu wątkami żydowskimi w literaturze i o ile kogoś nie zraża zbyt wielka doza przemocy ukazana w tym dziele. 

A ja tymczasem czekam na obiecany serial.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz