poniedziałek, 6 lutego 2017

Sztuka kochania





O Michalinie Wisłockiej po raz pierwszy usłyszałam w roku 1996, kiedy to w wyniku „sztokholmskiej tragedii” na usta wszystkich Polaków trafiła Wisława „Wisłocka” Szymborska. Zresztą taka pomyłka zdarzyła się nie ostatni raz, do historii przeszedł już słynny wpis wicemarszałek Wandy Nowickiej, która z rozpędu wraz z Noblistką po raz drugi uśmierciła zmarłą w 2005 r. słynną seksuolog.

Wisłocka żyła w świadomości starszego pokolenia Polaków, jej Sztuka kochania była dość poczytnym dziełem, które przekazywane sobie w szkole pod ławką wywoływało rumieńce na twarzy niejednego podlotka.  Dzisiaj ta postać może wkroczyć również do życia tych młodszych, a to za sprawą najnowszego obrazu producentów Bogów.



Polskie kino ostatnio zakochało się w biografiach, a zwłaszcza w przenoszeniu na ekran życiorysów osób z jednej strony współczesnemu widzowi bliskich, bo ich życie toczyło się w XX w., z drugiej dalekich, bo znanych jedynie określonemu kręgu odbiorców. Najpierw byli Beksińscy w Ostatniej rodzinie, później Strzemiński w Powidokach. Teraz czas na Wisłocką i Sztukę kochania. 


Podobnie jak w Powidokach osią filmu jest konflikt bohaterki z władzą, która w tym przypadku skutecznie stara się blokować wydanie jej książki, instrukcji uprawiania miłości w sposób świadomy, przynoszący przyjemność obu stronom relacji. Nie jest to już konflikt skoncentrowany typowo na rozbieżności ideologii, a raczej na problemie promowania treści „niewłaściwych”, nieodpowiednich dla dość konserwatywnego państwa, jakim był ówczesny PRL. I podobnie jak u Wajdy Strzemiński, i tutaj Wisłocka chodzi „od Annasza do Kajfasza” szukając pomocy w znalezieniu wyłomu w silnym murze cenzury.

Na tym jednak podobieństwa się kończą. 

O ile Wajda w Powidokach nie zagłębiał się we wcześniejsze życie Strzemińskiego, tak Sadowska za pomocą licznych retrospekcji pokazuje to, co doprowadziło Wisłocką do miejsca, w którym się znalazła. A trzeba przyznać, że życie autorki nie oszczędzało, sama przez długi czas borykała się z problemem czerpania przyjemności z stosunku, co doprowadziło ją do zawarcia chorego układu i życia w trójkącie. Kiedy natomiast odnalazła „miłość swojego życia”, okazało się, że i ona skazana jest na porażkę. Do tego dorzucić należy problemy z utrzymaniem relacji z dziećmi (dzieckiem) oraz blokowanie rozwoju kariery naukowej. Wielowątkowość ta sprawia, że w filmie nie znajdziemy dłużyzn, gna on do przodu, co raz dorzucając kolejnych faktów z życia bohaterki. Oczywiście można się zastanawiać, czy nie jest tego zbyt wiele, czy nie lepiej byłoby nieco okroić scenariusz i zamiast eksponować mnogość faktów, skupić się na kilku wybranych i lepiej je rozwinąć. 


Podstawowym problemem Sztuki kochania jest horror vacui, czyli lęk przed próżnią. Widać go doskonale nie tylko na płaszczyźnie fabuły, ale również realizacji (do czego przejdę później). Oglądając film nie znajdziemy chwili przestoju, momentu na złapanie oddechu. Chociaż główny wątek filmu może wydawać się dość monotonny (chodzenie po urzędach do najbardziej fascynujących czynności raczej się nie zalicza), to przecinanie go licznymi retrospekcjami sprawia, że akcja zyskuje dynamiki. A jeśli uwzględnimy fakt, że retrospekcje wprowadzane są w sposób achronologiczny i widz musi sprawnie wiązać ze sobą fakty z życia Wisłockiej, by otrzymać pełną ścieżkę, jaką pokonała bohaterka, otrzymamy film w pełni angażujący uwagę odbiorcy. Określenie „problem” nie jest w tym przypadku równoznaczne z wadą, po prostu jest to kwestia gustu i własnych upodobań widzów. Osobiście nie miałam nic przeciwko takiemu „przeglądowemu” potraktowaniu tematu, jednak wiem, że są osoby, które wolałyby podrożyć choćby dość zaskakujący i oryginalny wątek trójkąta. Tak naprawdę nie do końca wiemy, jakie są motywacje bohaterki, dlaczego ostatecznie zgodziła się żyć w takiej konfiguracji i czy aby na pewno ten układ był dla niej dogodnym rozwiązaniem. To tak naprawdę materiał na odrębny film, utrzymany już w zupełnie innej konwencji.

Tak jak wspomniałam, wszystko zależy od nastawienia i oczekiwań widza. Ten, kto oczekuje po Sztuce kochania filmu, który sięga głębiej może się dość mocno rozczarować. Jest to bowiem dobrze zrobiony, niegłupi film rozrywkowy, a to oznacza, że nie powinniśmy oczekiwać od niego przeprowadzenia psychoanalizy bohaterki. To film, który owszem, ma widzowi dostarczyć pewnych informacji o życiu Wisłockiej z uwzględnieniem pewnych doznań estetycznych, ale którego misją jest przede wszystkim dostarczenie odbiorcy przyjemności śledzenia fabuły i chwili relaksu. I tak jak w przypadku książki Król Twardocha, tak i tutaj nie można oceniać filmu kategoriami, do których nie należy. 


Powróćmy do „lęku przed próżnią”, który w sferze czysto realizatorskiej wypada zdecydowanie na plus. Sztuka kochania jest filmem, który prezentuje PRL jako niezwykle kolorowy, wręcz pstrokaty okres. Widać to nie tylko w aranżacji wnętrz, ale również w kostiumach bohaterów. Warto dodać, że film chronologicznie rozpoczyna się pod koniec lat 30 i biegnie przez kolejne dziesięciolecia do lat 70. Doskonale oddano upływ czasu, nie tylko za pomocą zmian w tle, ale również w wyglądzie głównej bohaterki za pomocą doskonałej charakteryzacji. Jeśli dodamy do tego żywą i bardzo dobrze dobraną muzykę (za którą odpowiada Radzimir Dębski), dość dynamiczny montaż i aktywną pracę kamery, to otrzymamy film, który nie pozostawia widzowi miejsca na nudę. Nawet w jedynym z mniej angażujących widza momentach, jakim jest występ Ani Rusowicz na bankiecie, mamy zapewnioną rozrywkę w postaci intensywnej jazdy kamery, która sprawiła jednak, że poczułam pewien dyskomfort (podobnie jak w przypadku ujęć kręconych od dołu).

Nieocenionym walorem tego filmu jest również bardzo dobra, ekspresyjna gra aktorska. Magdalena Boczarska tworzy portret silnej, pewnej siebie kobiety, która wprost emanuje energią. Po obejrzeniu zwiastuna miałam obawę, czy swoją siłą nie zabierze miejsca innym aktorom, ale całe szczęście tak się nie wydarzyło. Zaskakuje Eryk Lubos, dobrze sprawdza się również Piotr Adamczyk oraz Arkadiusz Jakubik. Aktorom pomagają bez wątpienia sprawnie poprowadzone dialogi, które sięgają do stylistyki PRL-u, zachowując ówczesny sznyt i przemycając odpowiednią dozę humoru. W filmie irytują jedynie odtwórcy ról dziecięcych, którzy pod względem sztuczności dorównują znanej z Powidoków Bronisławie Zamachowskiej, ale których tutaj całe szczęście jest zdecydowanie mniej. 


I na koniec wisienka na torcie, czyli sceny miłosne. Tych w filmie jest sporo, jednak potraktowane są one bardziej w konwencji komediowej. Ci którzy spodziewali się pięknych, zmysłowych ujęć muszą się rozczarować. Sex w filmie potraktowany jest nieco po macoszemu i zamiast wielkich uniesień dostajemy serię letnich przygód Boczarskiej i Lubosa. I choć słyszałam wiele krytycznych głosów odnośnie potraktowania „miłości” w Sztuce kochania, to tak naprawdę nie mogę się z nimi zgodzić. Sposób wybrany przez realizatorów idealnie wpisuje się w lekką, rozrywkową stylistykę filmu. Oczywiście film ten powiela standardowy sposób pokazywania nagości w filmach, czyli kobieta pokazuje praktycznie wszystko, a mężczyzna nic. No cóż, także jeśli ktoś spodziewał się rewolucji pod tym względem, to również będzie musiał obejść się smakiem. 

Sztuka kochania to film na który warto pójść i który warto zobaczyć. Film trzyma poziom, bawi i przekazuje cenne informacje o życiu osoby, która „uświadomiła” Polaków. Oczywiście, zawsze znajdą się osoby, które stwierdzą, że obraz ten po macoszemu traktuje sam seks i że nie wnika w głąb historii Wisłockiej, ale nie to było zamiarem tego filmu, nie taką rolę miał spędzać. Jeśli ktoś szuka głębi znanej z Ostatniej rodziny, to dość mocno się rozczaruje. Pozostali powinni wyjść z sali kinowej zadowoleni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz