sobota, 28 stycznia 2017

Halka




Dorota Wójcik, fot. Juliusz Multarzyński

W Łodzi obchodzimy jubileusz i to nie byle jaki. W tym roku mija bowiem 50 lat istnienia Teatru Wielkiego, instytucji, która stała się domem dla Opery Łódzkiej (której 60-lecie obchodziliśmy w 2014 r.).

Podobnie jak w przypadku poprzedniej rocznicy, tak i teraz postanowiono uczcić tę okazję spektaklem, który pół wieku temu zainaugurował działalność Wielkiego. Dwa lata temu był to Straszny dwór, tym razem wybór padł na Halkę. 

Jak wypadła ta wyjątkowa produkcja? 


Oczekiwania były ogromne. Pół wieku funkcjonowania łódzkiego teatru, który z mniejszymi bądź większymi sukcesami co roku dokładał swoją cegiełkę do tworzenia historii polskiego teatru muzycznego, to nie byle jaka rocznica i wymaga wyjątkowej oprawy. Jubileusz sprzed dwóch lat zorganizowano z prawdziwą pompą: reżyserię spektaklu poświęcono Krystynie Jandzie, do udziału w przedstawieniu zaproszono artystów spoza łódzkiej sceny, m.in. Małgorzatę Walewską i Tomasza Koniecznego. Wybudowano dworek, usypano śnieżną górę, aktorów przyodziano w dopracowane stroje nawiązujące do czasów Powstania styczniowego. Całość była dość tradycyjnym i zachowawczym przeniesieniem na łódzką scenę Strasznego dworu (może z wyjątkiem drobnego przesunięcia w czasie), jednak dopracowanym na tyle, że większość widzów opuściła progi Wielkiego zadowolona. 

Jarosław Kilian w jubileuszowej Halce podążył podobnym tropem. Jego interpretacja dzieła Moniuszki to kolejne tradycyjne podejście do tematu polskiej opery narodowej. W przeciwieństwie do spektaklu Jandy, to jest jednak dużo skromniejsze, subtelniejsze i (ze względu na tragiczny wydźwięk dzieła) nieco bardziej patetyczne i emocjonalne.
 
Nudniejsze również. 

Patryk Rymanowski, fot. Juliusz Multarzyński

Każdy, kto oglądał Krakowiaków i górali Kiliana (zrealizowanych na jubileusz 250 lat Teatru Publicznego w Polsce dla Opery Narodowej) wie, czego po najnowszym dziele reżysera można się spodziewać. Na jego wizję składają się oszczędność dekoracji, nacisk na grę aktorską a także subtelne efekty, które dopełniają plastyczność obrazu. W przeciwieństwie do wodewilu, Halka jest jednak mniej kolorowa, a w miejsce humoru reżyser implikuje zabiegi z wykorzystaniem efektów świetlnych i dymnych, które wraz z odtwarzanymi w tle wizualizacjami mają oddać widzowi ciężki i tajemniczy charakter odgrywanych na scenie wydarzeń.

W przeciwieństwie do rozhasanych Krakowiaków i górali, w swoim najnowszym dziele Kilian zapomniał o jednym, bardzo istotnym szczególe: ruchu scenicznym. Jego Halka jest dziełem niezwykle statycznym, co w połączeniu ze szczątkową dekoracją (zwłaszcza w dwóch pierwszych aktach, gdzie na scenie znajduje się jedynie żeliwna brama i żyrandole) sprawia, że dzieło staje się niezwykle trudne w odbiorze. I o ile akt I urozmaica żwawy mazur, tak odegrany w miejscu akt II sprawił, że o mały włos zasnęłam.  Gdyby nie to, że zależało mi na obejrzeniu całości, prawdopodobnie po przerwie znudzona opuściłabym gmach Teatru. 

I popełniłabym duży błąd. 

fot. Juliusz Multarzyński

Akt III i IV to zupełne przeciwieństwo tego, z czym widz miał styczność przed przerwą. Chociaż aktorzy są nadal dość statyczni, to ruch zapewnia dekoracja. Mamy jeżdżące platformy z połamanymi halnym drzewami (prawdopodobnie nawiązanie do uczuć bohaterów) i szkielet drewnianego kościółka, dym, siatkę, pracę świateł. Apogeum następuje w momencie, w którym na scenie pojawia się Anioł prowadzący w zaświaty maleńkie dziecko Halki i Janusza oraz w momencie śmierci samej bohaterki, która podąża wiedziona przez Anioła w sam środek tajemniczego wiru. Oczywiście można powiedzieć, że są to sceny „efekciarskie”, mało wyszukane, grające na emocjach widzów i poniekąd jest to prawda. Siedząc na widowni słyszałam pociągnie nosem wzruszonej pani oraz głośne „ooooo!” w momencie pojawienia się wizualizacji imitującej wir. Sztuczka Kiliana zadziałała i widzowie wychodząc z teatru mówili o zakończeniu, puszczając w niepamięć nudny początek.

Jubileuszowa Halka jest nierówna nie tylko pod względem reżyserii. Wątpliwości budzą również kostiumy bohaterów. Owszem, są one bogate i dopracowane, jednak patrząc na nie można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w arystokratycznej Francji. Wystarczy spojrzeć na piękną, ale dość abstrakcyjną suknię panny młodej, czy na upudrowanego Janusza. Tylko jedna osoba (Stolnik) pojawia się w kontuszu, czym wizja odpowiadającej za kostium Weroniki Karwowskiej niebezpiecznie zbliża się do tego, co widzieliśmy w Strasznym dworze, gdzie na scenie również pojawił się tylko jeden reprezentant wartości szlacheckich. Ta Francja w zderzeniu z odzianymi w nawiązujące do tradycyj stroje góralami daje niemały zgrzyt. Kto wie, może był to manewr zamierzony, jednak mimo dobrych intencji całość wypadła dość sztucznie. Bardzo ciekawie prezentuje się za to postać anioła, który stanowi połączenie nadludzkiej postaci i ptaka, co zapewne stanowi ukłon w stronę przywoływanego nieustannie przez Halkę sokoła. 

Tomasz Jagodziński, fot. Juliusz Multarzyński

Pod względem wokalnym Halka wypadła na zadowalającym poziomie. W przeciwieństwie do spektaklu Jandy, tym razem postawiono na artystów związanych z Teatrem Wielkim. W tytułowej roli wystąpiła Dorota Wójcik, która przyzwyczaiła już łódzką publiczność do swoich nienagannych i czystych interpretacji. W Jątka wcielił się Tomasz Kuk, którego nie mogę ocenić  sposób jednoznaczny. Były bowiem momenty, w których wydawało mi się, że brak mu werwy, góralskiej mocy, chociaż słynną arię Szumią jodły na gór szczycie wykonał całkiem poprawnie. Grzegorz Szostak w roli Stolnika nie zawiódł, śpiewając mocnym, postawionym głosem, podobnie jak Łukasz Motkowicz, który w roli Janusza wypadł również bez zarzutu. Na szczególnie wyróżnienie zasługuje Patryk Rymanowski, który po raz kolejny udowodnił, że potrafi nie tylko dobrze śpiewać (choć początkowo był lekko stłumiony przez orkiestrę), ale również grać i ożywiać statyczne sceny. Do gustu przypadło mi również czyste i liryczne wykonanie partii górala przez Przemysława Cierzniewskiego. Orkiestra pod batutą Wojciecha Rodka przez większość przedstawienia grała dość zachowawczo i „w punkt”, choć w pierwszym akcie lekko zagłuszała aktorów. Po raz kolejny nie zawiódł również chór, który pod przewodnictwem Dawida Jarząba przeżywa obecnie swój renesans. Bez zarzutu spisał się również balet, który doskonale odnalazł się w klasycznej i dopracowanej w najdrobniejszym szczególe choreografii Emila Wesołowskiego (który nota bene odpowiadał również za przydotowanie mazura w Strasznym dworze Jandy). 

Gdyby potraktować Halkę jako typową premierę Wielkiego, wypadłaby ona dość przyzwoicie. Gdyby nie statyczność wizji Kiliana, mógłby powstać z tego nawet doby, atrakcyjny wizualnie, choć bardzo zachowawczy, hołdujący tradycji spektakl. Niestety, ze względu na jubileuszową rangę przedstawienia należy podnieść poprzeczkę, a tej nie jest w stanie on przeskoczyć. Mimo to Halkę warto jest zobaczyć, bo to powrót polskiej klasyki na deski Wielkiego. I to w bardzo dobrym wykonaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz