Z demonami II Wojny Światowej nie uporamy się chyba nigdy.
Powracają one w twórczości literatów jak bumerang. I chociaż mówimy, że mamy
już dość tej martyrologii, to podświadomie wciąż jej łakniemy. Nie możemy i nie
chcemy się od tego odciąć, zmienia się tylko sposób patrzenia. Do
czarno-białego świata II Wojny coraz częściej wkraczają odcienie szarości,
wszystko mącąc i komplikując.
Kolejną autorką, która powraca do tematyki skomplikowanej
relacji polsko-niemieckiej w czasie Wojny jest Magdalena Parys. Autorka
kryminałów Tunel i Magik (Europejska Nagroda Literacka
2015), tym razem prezentuje czytelnikowi prozę „wspomnieniową”. Niczym mantra w
każdym wywiadzie, na każdym spotkaniu powtarzana jest dykteryjka, że gdyby nie
zmasowane naciski wydawczyni Agaty Pieniążek oraz dwóch koleżanek po fachu,
Magdaleny Grzebałkowskiej i Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Biała Rika w ogóle by nie powstała. O wspomnieniach piszę się
trudno, nawet jeśli dla komfortu przedstawionych tam postaci kamufluje i
modyfikuje się ile wlezie. Sama autorka twierdzi, że w książce prawdziwe są
tylko emocje i broszka babci Riki. To oczywiście tylko uproszczenie, ale jedno
jest pewne: zdaniem Parys nie należy tej powieści traktować jako literatury
(auto)biograficznej czy wspomnieniowej, a po prostu jako zwykłą powieść.
Powinno się, ale się nie da. Mimo intencji autorki śledząc
losy małej Dagmary, która uporczywie stara się stworzyć dość skomplikowane
drzewo genealogiczne swojej rodziny, przedzierając się przez gąszcz babć
prawdziwych i przyszywanych, nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to alter ego
Magdy. Przeprowadzki kolejno z Gdańska do Szczecina i dalej do Berlina są
zaczerpnięte wprost z biografii autorki i sprawiają, że Dagmara zlewa się z nią
w jedną całość. Widać to zwłaszcza w narracji: kim jest bowiem narrator? Kiedy
jest nim fikcyjna Dagmara, a kiedy realna Magdalena?
Pamiętam jak na spotkaniu autorskim w ramach festiwalu Puls
Literatury w Domu Literatury w Łodzi autorka skrzywiła się słysząc, że główną bohaterką
książki nie jest Rika, tylko Dagmara. Trudno jest się jednak z tym stwierdzeniem
nie zgodzić. O ile przez pierwszą część powieści dziewczynka występuje jedynie
w roli badaczki swojej genealogii, odkrywając krok po kroku dzieje swojej
przyszywanej babci (Rika jest bowiem matką ojczyma Dagmary), ukazuje skomplikowane
relacje Polaka wywiezionego na roboty do Niemiec i dwóch Niemek. Tutaj
faktycznie to Rika i jej historia są najważniejsze, to one nadają rytm książce.
Im bliżej końca, tym bardziej Rika zdaje się jednak oddalać. Powoli zaczynają
się wyłaniać mgliste wizerunki pozostałych babć i dziadków. Centrum zaczyna być
Dagmara otoczona swoimi przodkami, to jej uczucia zaczynają dominować. Niechęć
do ojczyma, miłość do cioci Lali i dramatyczna decyzja opuszczenia ojczyzny. Szkoda,
że autorka nie utrzymała napięcia towarzyszącego wątkowi Riki do końca
powieści. Osobiście w momencie, gdy karty zostały odkryte straciłam entuzjazm
do czytania. Ale to tylko moje prywatne odczucia.
Ale Rika to nie wszystko. W książce co rusz pojawiają się
pisane inną czcionką autotematyczne komentarze, głosy redaktorek, które starają
się dyktować autorce o czym powinna pisać, a które wątki pominąć oraz członków
rodziny, którzy uporczywie chcą ingerować w tekst tworzony przez ich krewną,
wytykając błędy, bądź starając się ją powstrzymać przed ujawnieniem kolejnego
rodzinnego sekretu. Najlepiej widać to w jednym z początkowych rozdzialików
książki.
Właściwie można spróbować wysnuć wniosek, że Biała Rika to książka o pisaniu, o ciężarze,
jaki musi dźwigać autor, który podejmuje się
spisania dziejów własnej rodziny, upubliczniając pewne fakty, które
pomimo prewencyjnego kamuflażu i tak stają się niewygodne dla osób bliskich twórcy. Gdy spojrzymy na historię
Riki i Dagmary w tym świetle, książka zaczyna zyskiwać zupełnie nowy wymiar,
stając się nie tylko dowodem pamięci, ale też obrazem wytyczania granic
pomiędzy prawdą i fikcją.
Biała Rika Magdaleny
Parys nie jest dziełem wyjątkowym. Historia w niej opisana jest owszem, frapująca,
jednak wciąż pozostaje jedną z wielu wojennych opowieści, które dano nam
usłyszeć w ostatnich latach (jak chociażby Sońka
Karpowicza). Odrębności nadaje jej
natomiast fakt ukazania w tekście warsztatu powstawania prozy, która pomimo
elementów fikcyjnych nadal zachowuje swój wspomnieniowy charakter.
Paradoksalnie książka, w której przez większość czasu narracja prowadzona jest
przez małą dziewczynkę, udowodniła dojrzałość autorki. I to nie tylko pod
względem podejmowania trudnych tematów, ale przede wszystkim potwierdzając
warsztat pisarki.