W tym roku najwięcej nominacji do Oscarów zdobył uroczy film
Damiena Chazelle, słodki musical opatrzony pretensjonalnym tytułem La La Land. Ta produkcja firmowana przez
rozśpiewanego Ryana Goslinga i roztańczoną Emmę Stone okazała się skrywać coś
więcej, niż kolejną błahą historię o spełniającym marzenia Hollywood i o
miłości, która jest w stanie zwyciężyć wszystko.
Bo La La Land nie
jest kolejnym cukierkowym obrazem. To film, który pod warstwą lukru skrywa
gorzki odautorski komentarz dotyczący współczesnego kina.
A co sprawia, że ogląda się go tak dobrze?
Zacznijmy od tego, że oceniając film należący do gatunku
zwanego „musicalem” musimy wziąć poprawkę na następujące kwestie:
1. W musicalu fabuła schodzi na drugi plan. Nie spodziewajmy
się wielowątkowości czy głębokiego, poruszającego przekazu. W filmie muzycznym
sporo miejsca zajmuje muzyka, śpiew i taniec. Nacisk kładziony jest na warstwę
wizualną, scenariusz przeważnie jest dość zachowawczy i mało skomplikowany. To
trochę tak, jak z dziełami operowymi, które ceni się przede wszystkim za
muzykę, a nie za ich libretta, które zawierają historie rodem z latynoskich
seriali. Po prostu należy na to przymknąć oko. Oczywiście do pewnej granicy.
2. Musical ma prawo zawierać sceny pozbawione logiki. To
tak, ja w przypadku rozpoczynającej La La
Land sceny, w której tkwiący w gigantycznym korku ludzie wyskakują z
samochodów i zaczynają śpiewać i zatracać się w synchronicznym tańcu. W typowym
filmie taki wybryk zostałby skrytykowany i uznany za element zupełnie wyzuty z
jakiegokolwiek sensu. W musicalu musimy wziąć poprawkę na to, że wszystkie
sceny taneczno-wokalne są „doklejone” i nie służą oddaniu rzeczywistości.
Twórcy po prostu w jakiś sposób muszą wprowadzać elementy muzyczne do
standardowego scenariusza. I ponownie – musimy przymknąć na to oko.
Wyjaśniwszy sobie te dwie kwestie, możemy przejść do
właściwej oceny La La Land lub raczej
do wskazania, dlaczego, moim zdaniem, film ten na te liczne nominacje sobie
zasłużył.

Musical nie jest gatunkiem powszechnie wykorzystywanym w
przemyśle filmowym. Swoje złote lata przeżywał w połowie minionego wieku, kiedy
na ekranach kin pojawiły się takie produkcje, jak Deszczowa piosenka, Amerykanin w Paryżu, West Side Story, My Fair Lady, Sound of Music. Były to filmy nienaganne
pod każdym względem, doskonałe aktorsko, wokalnie, tanecznie oraz realizacyjnie.
Później próbowano wracać jeszcze do formy filmów muzycznych, zagłębiając się w
inną, bardziej popową stylistykę (w latach 70 Hair, Gorączka sobotniej nocy, Grease), jednak im bliżej naszych
obecnych czasów, tym produkcje tego rodzaju zaczynały radzić sobie co raz
gorzej. Głównym problemem była ich kiepska realizacja, brak pomysłu na warstwę
muzyczną, słaba obsada, próba realizacji zbyt karkołomnego pomysłu na film lub
po prostu jego brak. Ostatnim dobrym musicalem, jaki miałam okazję zobaczyć,
było prawdopodobnie Chicago (2002),
ostatnim złym była natomiast nasza rodzima produkcja Córki dancingu (2015).
Chazelle w La La Land nie
tworzy czegoś nowego. Zamiast próby przetworzenia musicalu w gatunek na miarę
XXI w., on cofa się do złotych lat 50, wracając do klimatu znanego z Deszczowej piosenki. Skąpane w słońcu
Hollywood, wielki świat filmu, pragnienie zdobycia uznania i spełnienia marzeń
z wątkiem miłosnym w tle, to motywy powszechne, do znudzenia powtarzane w na
srebrnym ekranie. Sztampowe, ale bezpieczne, nie tylko dla realizatorów (w
kontekście świata filmu łatwiej jest upchnąć wszelkie „wybryki”
wokalno-taneczne), ale i dla widza, który nie musi nagle zmierzyć się ze śpiewającym
demonicznym golibrodą czy wyrzuconymi na brzeg syrenami.
Fascynacja reżysera klimatem tamtych lat jest na tyle silna,
że znajduje ujście nie tylko w tym, co kryje się w warstwie fabularnej, ale
również ukazuje ją samym sposobem przeniesienia akcji na ekran. Zdaję sobie
sprawę, że nie byłam jedyną osobą, która oglądając trailer zastanawiała się,
kiedy rozgrywa właściwie się akcja La La
Land. Świat przedstawiony jest na ekranie w sposób niejednoznaczny, bardzo
zbliżony do Hollywood końca lat 50. Jedynie drobne szczegóły, takie jak iPhone
czy nowoczesna, okraszona elementami elektroniki, muzyka zespołu Keitha
uzmysławiają widzowi, że akcja filmu dzieje się „tu i teraz”. Ten brak
nachalności i przeładowania nowoczesnymi technologiami sprawia, że udało się w
filmie uzyskać unikalną atmosferę. Ważną rolę odgrywają tutaj kostiumy
bohaterów, które swoją stylistyką silnie nawiązują do stylistyki przełomu lat
50 i 60. Również sam sposób montażu scen przywodzi na myśl technikę tamtych
lat: w La La Land mamy bowiem sceny najczęściej
robione na jednym ujęciu (lub na takie stylizowane). W ten sposób reżyser
uniknął popularnego ostatnimi czasami cięcia scen tak, by swoją dynamiką
odpowiadały muzyce (trik znany powszechnie z teledysków).
I w tym momencie można sobie zadać pytanie: skoro najnowszy
obraz Chazelle’a stanowi powrót do przeszłości, to co jest w nim takiego
wyjątkowego?

Otóż film ten nie jest zrobioną na ślepo kopią Deszczowej piosenki. Tradycyjny musical
stanowi jedynie kolorowe opakowanie, w którym zawarta została zupełnie nowa
treść. Bo w La La Land nic nie jest
tak, jak powinno być w tradycyjnym musicalu. Chyba każdy zwrócił uwagę, że
najbardziej roztańczone i rozśpiewane musicalowe utwory otrzymujemy na samym
początku filmu. Już otwierająca scena z roztańczonym korkiem na autostradzie
wiodącej do krainy snów jest dość silnym uderzeniem, którego normalnie, ze
względu na rozmach, spodziewalibyśmy się raczej pod koniec filmu. Tym czasem im
bliżej końca, tym mniej tańca, tym mniej żwawych melodii, robi się co raz
bardziej kameralnie i ostatnim utworem wokalnym, który wybrzmiewa w filmie jest
spokojne „Audition”. Ostatnim „mocniejszym” akcentem jest próba cofnięcia czasu
i ułożenia na nowo historii głównych bohaterów w epilogu, jednak stanowi on
scenę wyraźnie wyrwaną z kontekstu, sztuczną. To porzucanie typowych dla
musicalu tradycji zauważalne jest również w kolorystyce kostiumów. Film od
samego początku raczy widza mocą barw, Mia i jej koleżanki noszą sukienki o
mocnych, nasyconych kolorach. Tymczasem im bliżej końca, tym ubiór głównej
bohaterki staje się co raz bardziej stonowany. Emocje opadają i to jest wyraźny
wyznacznik tego, co czeka widza na samym końcu i co, moim zdaniem, jest
najmocniejszą stroną tego filmu i największym odcięciem się Chazelle’a nie
tylko od typowych musicali, ale od całego Hollywood.
Ten film nie ma szczęśliwego zakończenia.
Nasi bohaterowie nie padają sobie w ramiona, miłość nie
triumfuje. Owszem, w pewien sposób spełniają swoje marzenia, ale wystarczy
spojrzeć na ich wyraz twarzy, by stwierdzić, że nie są szczęśliwi. Widz
otrzymuje wyraźny przekaz: nie możesz mieć jednego i drugiego, musisz wybierać.
To gorzka prawda przekazana w naprawdę subtelny, ale dobitny sposób.

Oczywiście La La Land nie
jest filmem idealnym. Można się przyczepić, że ani Emma Stone, ani tym bardziej
Ryan Gosling nie są mistrzami tańca i śpiewu. Wystarczy przypomnieć sobie
popisy Julie Andrews czy Gene Kelly’ego, by zrozumieć o czym mówię. Jeśli mam
być jednak szczera, to ten brak perfekcji pasuje do filmu i niespecjalnie razi.
Można też kręcić nosem na mimo wszystko dość szablonową fabułę, ale tak jak już
wcześniej wspomniałam, musicalowi pewne „niedociągnięcia” się po prostu
wybacza. Nie zmienia to jednak faktu, że nominacja do Oscara w kategorii
„najlepszy scenariusz oryginalny” jest dość zaskakująca i nie do końca przeze
mnie zrozumiała. No ale cóż, są różne gusta.
Czy La La Land powinien
dostać Nagrodę Akademii za najlepszy film? Póki nie zobaczę wszystkich
nominowanych produkcji nie chcę tutaj wygłaszać ostatecznego stanowiska, ale
moim zdaniem sobie na to zasłużył. Chazelle powrócił do tradycji, nie kopiując
jej, ale przedstawiając ją na swój własny autorski sposób. I jeśli w 2011 roku
statuetka Oscara powędrowała do Artysty,
który był próbą powrotu do czarno-białego kina niemego, z fabułą oscylującą
wokół problemu udźwiękowienia kina (Deszczowa
piosenka?), filmu który nijak nie zapadł mi w pamięć i tak naprawdę nie
zaprezentował niczego świeżego, to w tym kontekście pominięcie La La Land mogłoby okazać się być dla
tego obrazu krzywdzące.
Na zakończenie dodam, że niekwestionowanym mistrzem La La Land jest Justin Hurwitz, który odpowiada
za ścieżkę dźwiękową filmu. Już dano nie słyszałam tak zapadających w pamięć,
tak spójnych i tak dobrze skomponowanych utworów w musicalu. I jemu szczególnie
należy się Nagroda Akademii. Bez dwóch zdań.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz