Jak najlepiej rozpocząć Nowy Rok?
Oczywiście w towarzystwie muzyki klasycznej.
Choć może się to wydawać dziwne, to pierwszego stycznia całe
zastępy melomanów oraz osób pragnących wejść w ten nowy rok w nieco bardziej
kulturalny sposób wybierają się do filharmonii czy teatrów muzycznych po to, by
spędzić kilka godzin odpoczywając przy dźwiękach muzyki poważnej.
Skąd ta tradycja?
Otóż jej „ojcem” jest słynny Koncert Noworoczny
Filharmoników Wiedeńskich organizowany nieprzerwanie od 1939 r. przez Wiener
Philharmoniker. Co roku w wielkiej sali Wiener Musikverein rozbrzmiewają
najsłynniejsze utwory kompozytorów z rodu Straussów, okazyjnie również innych autorów
stylistycznie zbliżonych do członków genialni rodziny muzyków. Koncert od lat
transmitowany jest za pośrednictwem Telewizji Polskiej (oraz Polskiego Radia),
co sprawia, że każdy Polak może rozpocząć dzień (koncert tradycyjnie rozpoczyna
się w godzinach przedpołudniowych) od odrobiny lekkiej i przyjemnej muzyki.
Tym, którym „współuczestnictwo” za pośrednictwem radioodbiornika
bądź szklanego ekranu nie wystarcza w sukurs przychodzą lokalne instytucje
kultury, które wzorem Filharmoników organizują analogiczne wydarzenia. Ponieważ
należę do tego grona osób, w tym roku zdecydowałam się uczestniczyć w jednym z
nich, mianowicie w Koncercie Noworocznym Wiedeńskie Nastroje. Od operetki do
musicalu w Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina.
Zacznijmy od drobnej nieścisłości: podtytuł koncertu
sugerował podróż od operetki do musicalu, tymczasem pierwsza cześć koncertu
składała się praktycznie z samych wyimków z oper. Biorąc pod uwagę chronologię
powstawania dzieł, logiczniej było by nazwać koncert „od opery do musicalu”.
Zresztą, o ile do drugiej części określenie Wiedeńskie
nastroje pasowało jak ulał (Strauss, operetka, walczyki itp.), tak pierwsza
z Wiedniem miała niewiele wspólnego.
Orkiestrze Symfonicznej Filharmonii Łódzkiej przewodził
utalentowany i obdarzony niezwykłym poczuciem humoru Brazylijczyk Jose Maria
Florencio, gościnnie na scenie pojawiła się sopranistka Karina Skrzeszewska.

fot. Dariusz Kulesza
Koncert zaczął się uroczyście i z rozmachem, bo od Poloneza z
III-go aktu Eugeniusza Oniegina Piotra
Czajkowskiego. Wybór nieprzypadkowy, w końcu zgodnie z tradycją bale i wielkie
fety rozpoczynano właśnie od tego dostojnego tańca. Później na scenie pojawiła
się Skrzeszewska, przejmująco wykonując dobrze znaną arię „Vissi d’arte” z
opery Tosca. Następnie nastąpił
powrót do motywu tanecznego w postaci walca Chaczaturiana z muzyki do filmu Maskarada, po którym zabrzmiała aria
„Si. Mi chiamano Mimi” z Cyganerii.
Było to dla mnie chyba największe zaskoczenie w całym programie, aria Mimi nie
należy bowiem do tych, które najczęściej rozbrzmiewają podczas koncertów
zbudowanych na motywie „znane i lubiane”, o konotacjach (lub ich braku) z
„wiedeńskim nastrojem” nie wspominając. Po tym zboczeniu z bezpiecznego szlaku,
orkiestra wykonała romantyczne „Intermezzo” z opery Rycerskość wieśniacza, po którym na scenę powróciła Karina
Skrzeszewska z pięknym wykonaniem jednej z najbardziej rozpoznawalnych arii
operowych, czyli „O mio babbino caro”. Pierwszą część zakończyła żywiołowa „Uwertura
Kubańska” Gershwina, czyli nagły przeskok stylistyczny na pogranicze muzyki
poważnej i jazzu z domieszką latynoamerykańskiego temperamentu. Osobiście odebrałam ten lekko gryzący się z
całością element układanki jako przedsmak drugiej części, czyli wyrwanie z
uroczystego świata opery do nieco bardziej rubasznej operetki i popowego
musicalu.

fot. Dariusz Kulesza
Tak jak już wspominałam wcześniej, druga część w znacznie
większym stopniu nawiązywała swoją stylistyką do tytułu całego koncertu. Na
początek orkiestra wykonała najbardziej wiedeński z wiedeńskich utworów, czyli Nad pięknym modrym Dunajem Johanna Straussa, kompozycję bez której nie może
obejść się żaden koncert noworoczny. Na scenę powróciła Skrzeszewska, tym razem
z arią Sylwii „Heia, Heia in den Bergen” z operetki Księżniczka czardasza. Niestety, o ile w przypadku głośniejszych i
bardziej wyciąganych arii operowych nie można było narzekać na jakość dźwięku,
tak w przypadku utworów operetkowych muzyka zaczęła wyraźnie zagłuszać
sopranistkę, sprawiając, że momentami była kompletnie niesłyszalna dla widza.
Całe szczęście przy kolejnych utworach wokalistka zdecydowała się skorzystać z
dogłośnienia w postaci mikrofonu, co nieco poprawiło komfort odbioru koncertu. Po
dość dobrym wykonaniu znanej z koncertów Filharmoników Wiedeńskich zabawnej Pizzicato Polki rozbrzmiała aria z Piękny jest ten świat Franza Lehara „Ich
bin so verliebt”. Trzeba przyznać, że podobnie jak w przypadku śmiałego wyboru
mało chwytliwej arii Mimi, i tym razem Florencio poszedł nieco pod prąd
decydując się wprowadzić do programu fragmenty nieco mniej popularnych
operetek. Później nadszedł czas na część musicalową, w której usłyszeliśmy
uwerturę do musicalu West Side Story (z drobnym udziałem publiczności
pokrzykującej „Mambo!”), arią Krystyny „Think of me” z Upiora w operze (tutaj
z drobnym udziałem samego maestro, który zaśpiewał kwestię Raoula) oraz dobrze
znane „Przetańczyć całą noc” z My Fair
Lady (niestety w wersji polskiej, za którą osobiście nie przepadam).

fot. Dariusz Kulesza
Finał rozpoczął się od odegrania „staropolskim zwyczajem”
Mazura ze Strasznego dworu. Po nim nastąpiły
dwa, sztampowe do bólu utwory. Każdy, kto choć kilka razy w życiu miał okazję
zobaczyć galę z udziałem śpiewaków operowych wie, że kończy się ona wspólnym
odśpiewaniem „Libiamo” z I aktu La Traviaty (niezbędny
atrybut: dzierżony w dłoni kieliszek szampana). Nie inaczej było i tym razem. Z
braku innego kandydata, w rolę Alfreda wcielił się Florencio i o ile w
przypadku niskiego „Think of me” wyszło mu to całkiem zgrabnie, tutaj maestro
pokazał jednak, że zdecydowanie lepiej czuje się jako dyrygent, niż solista. Na
bis zabrzmiał zamykający co roku wiedeński koncert Marsz Radeckiego, analogicznie wykonany z lekkim przymrużeniem oka
i akompaniamentem klaszczącej w rytm publiczności. Całość zwieńczyła aria „Usta
milczą” z Wesołej wdówki. Ku mojemu
ogromnemu zaskoczeniu w odśpiewanie utworu włączyła się publiczność. Tak, widzowie
zgromadzeni w Filharmonii Łódzkiej śpiewali razem ze Skrzeszewską wzruszającą
arię o miłości. Tym pięknym akcentem zakończył się koncert, a wszyscy w
podniosłych nastrojach rozeszli się do domów.
fot. Dariusz Kulesza
Jeśli chodzi o aspekty stricte muzyczne, to oprócz poważnego
problemu ze słyszalnością Skrzeszewskiej na początku drugiej części, całość
prezentowała się na dość dobrym poziomie. Oczywiście każdy ma swoje własne
upodobania i każdy pewnie poczuł jakiś niedosyt (jak np. ja podczas Maskarady, która moim zdaniem była grana
nieco zbyt delikatnie i ze zbyt małym ładunkiem emocjonalnym), jednak każde
wykonanie, zarówno w przypadku orkiestry, jak i Skrzeszewskiej było dopracowane
i wykonane na najwyższym poziomie. Florencio pełnił podczas koncertu również
rolę konferansjera, która jak wiadomo do najłatwiejszych nie należy. Moim
zadaniem wypadł dość przyzwoicie, utrzymując koncert w nieco żartobliwej
konwencji, jednak nie przekraczając cienkiej granicy dzielącej dobry smak od zwykłej
błazenady. Jedyne z czym miałam poważny problem, to program, który ni jak miał
się do tytułu i który zdawał się stanowić po prostu zlepek przypadkowych
utworów. Najbardziej raziła rozbieżność pomiędzy poważną częścią pierwszą a lekką
i żartobliwą częścią drugą. Wyszedł mały
groch z kapustą, ale jak wiadomo i tego rodzaju danie ma wielu swoich amatorów.
Na koniec jedno spostrzeżenie: jestem pod ogromnym wrażeniem
liczby osób, które biorą udział w tego typu wydarzeniach. Sala była pełna, z
tego, co wiem podobny tłok panował na sylwestrowym koncercie w łódzkim Teatrze
Wielkim. Skąd to zainteresowanie ludzi muzyką klasyczną? Nie uwierzę, że
wszyscy z nich są melomanami, muzyka poważne nie należy do najczęściej
słuchanych gatunków. Skąd więc to pragnienie, by rozpocząć nowy rok w takim
miejscu?
No cóż, na to pytanie nie ma chyba jednej uniwersalnej
odpowiedzi. Nie mniej jednak taka frekwencja cieszy i przywraca wiarę w to, że
instytucje promujące kulturę wysoką są jeszcze w naszym kraju potrzebne.
fot. Dariusz Kulesza

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz