Niektóre filmy nie powinny być ekranizowane. Po prostu
czasami lepiej jest pozostawić literaturę samej sobie i dać jej prawo do
istnienia w obrębie tekstu pisanego.
Okazuje się bowiem, że to, co świetnie sprawdza się na
papierze, nie zawsze równie dobrze radzi sobie na ekranie. Wbrew nadziejom
twórców literatura, nawet ta najwyższych lotów, nie obroni się sama, nawet przy
przeniesieniu na ekran w konwencji 1 do 1.
Zacznijmy od pierwowzoru. Amerykańska sielanka Philipa Rotha jest powieścią dobrą,
skomplikowaną, poruszającą wiele ważnych problemów. To przede wszystkim historia
rodziny Levov, która, choć na pierwszy rzut oka zdaje się być idealna, musi
zmierzyć się z trawiącymi ją od wewnątrz demonami. Dodam tylko, że postać
córki-terrorystki jest tylko jednym z nich, może tym najpoważniejszym i
najbardziej naruszającym mir domowy, co nie zmienia faktu, że dokładają się do
tego kolejne cegiełki, które prowadzą ku unicestwieniu pozytywnych relacji
rodzinnych. Ale na tym nie koniec. Jak już wspominałam w recenzji książki, Roth
sięga dalej, przygląda się przechodzącemu metamorfozę społeczeństwu
amerykańskiemu przełomu lat 60 i 70 ubiegłego wieku, które nie wie, czy powinno
bronić strony konserwatywnej, czy dać się zwabić urokom nowego, wyzwolonego
stylu życia. To powieść złożona, tocząca się na co najmniej dwóch
płaszczyznach. Trudna, ale mimo to wciągająca.
Czytając książkę doszłam do wniosku, że jest to dobry
materiał na film. Historia Levovów jest na tyle nieoczywista, skrywa w sobie
tyle problemów, tyle wątków do poprowadzenia, że zdaje się być idealnym punktem
wyjścia do stworzenia dramatu psychologicznego opartego na bogatym podłożu
psychologiczno-społecznym. To, co dzieje się w psychice bohaterów, ich
stopniowe zbliżanie się do paranoi, stanowi ciekawy element do analizy.
Nie ja jedna doszłam do takiego wniosku. Ekranizacji
powieści Rotha podjął się bowiem Ewan McGregor, aktor znany z takich
blockbusterów jak Trainspotting czy Moulin Rouge!. Otóż za pomocą Amerykańskiej sielanki zdecydował się on
zadebiutować jako reżyser pełnometrażowego obrazu a także zagrać w nim główną
rolę. To połączenie złożoności tekstu oraz podwójnej roli McGregora okazało się
przesądzić o ostatecznej ocenie filmu, który w oczach większości krytyków i
widzów prezentuje się dość przeciętnie.
Jego podstawowym problemem jest zbyt wierne bazowanie na
pierwowzorze. Siła powieści tkwi bowiem w dialogach, które w przypadku
papierowej wersji Amerykańskiej sielanki prowadzone
są wartko i zajmująco. McGregor w swojej ekranizacji również postanowił uczynić
dialog główną siłą napędową filmu, co doprowadza do sytuacji, w której obraz
staje się zdecydowanie „przegadany”, a prawdziwej akcji jest w nim jak na
lekarstwo. Decyzja o utrzymaniu filmu w takiej konwencji oczywiście nie skazuje
go z góry na porażkę. Istnieje wiele obrazów (choćby z okresu dominacji
Polskiej Szkoły Filmowej), które opierają się na słowie i mimo szczątkowej
akcji potrafią przyciągnąć uwagę widza i go zaangażować emocjonalnie w historię
rozgrywającą się na ekranie. W debiucie McGregora tej „magii” jednak zabrakło.
Dialogi są sztywne (choć nie aż tak, jak w Powidokach),
gra aktorska, która powinna wprowadzać dynamikę do filmu, szwankuje. Momentami
odnosiłam wrażenie, że aktorzy odgrywają mało zajmujące „scenki”, a nie starają
się stworzyć pełnometrażowego, jednolitego obrazu. Wygląda to mniej więcej tak:
scena ojciec i córka na wyjeździe *ciach!*, scena rozmowa z terapeutką
*ciach!*, uroczystość rodzinna *ciach!*.
Rozumiem doskonale, gdzie tkwi problem. Ten brak płynności
wynika z powieści, której achronologiczny układ poniekąd wymusza tego rodzaju
fragmentaryczność. Pojawiające się co chwilę w książce liczne retrospekcje
dobrze wpisują się w konwencje tekstu, jednak poukładane w kolejności
chronologicznej na ekranie sprawiają, że tak naprawdę nie wiadomo, jak je
odebrać. I tak to, co dobrze gra to w książce na ekranie wprowadza element
sztuczności sprawiając, że zwłaszcza pierwsza część filmu, otrzymuje charakter
przeglądowy.
A skoro już mowa o wierności tekstowi, to niestety twórcy wzięli z książki więcej, niż było potrzeba. W przypadku powieści o tak wielu rozgałęzieniach należy przeprowadzić selekcję i zdecydować o czym tak naprawdę będzie film i co z opasłego tomiszcza jest niezbędne to prowadzenia konkretnego wątku. Gdy czytając książkę myślałam o ekranizacji, do głowy przychodził mi film z wyeksponowanym wątkiem rodziny, okrojony z tego, od czego cała te historia się zaczyna. Bo o ile w książce postać narratora, alter-ego Rotha, miała jakiś sens, tak wprowadzenie do filmu wątku zjazdu absolwentów nie wniosła do fabuły kompletnie nic i film mógłby się bez niej spokojnie obejść. Poza tym wspominałam już, jak ważną rolę pełni w książce tło socjologiczno-kulturowe i zachodzące w społeczeństwie zmiany. McGregor również zapragnął oddać ten element w swoim filmie, jednak zrobił to w postaci materiałów zaczerpniętych z telewizyjnych wiadomości, co niestety zamiast wzbogacić obraz, sprawiło, że widz niezaznajomiony z treścią powieści nie do końca może wychwycić po co te materiały się w obrazie znalazły i jaki cel one tam spełniają.

Jak już wspomniałam, w filmie szwankuje również gra aktorska. Najlepiej na ekranie radzi sobie Dakota Fanning, która chyba jako jedyna na całym planie była w stanie wykrzesać z siebie jakiekolwiek emocje. Rola Dawn została w filmie wyraźnie zredukowana, w skutek czego odgrywająca ją Jennifer Connelly nie otrzymałam nawet pola do zaprezentowania swojej postaci. Najbardziej rozczarowuje jednak sam McGregor, który w roli Szweda zachowuje się tak, jakby wyparowały z niego wszelkie emocje i zdolności aktorskie. Nawet sceny, w których teoretycznie reaguje emocjonalnie, nie robi tego w sposób przekonujący. Nie wiadomo, czy wynika to z bariery wczucia się brytyjskiego aktora w postać żydowskiego Amerykanina, czy może po prostu z faktu pełnienia podwójnej roli przy produkcji tego filmu. Osobiście stawiam na to drugie. Wygląda to trochę tak, jakby McGregor nie miał zupełnie pomysłu na swoją postać, co zważywszy na jej kluczową rolę w filmie, wpływa źle na odbiór całości obrazu.
Nie oznacza to, że Amerykańska sielanka jest zła. Ona po prostu jest nudna i przez to ciężko strawna. Trzeba jednak przyznać, że to, co leży poza stroną typowo fabularną filmu stoi na naprawdę dobrym poziomie. Bardzo dobrze zostały tutaj odzwierciedlone realia przełomu lat 60. i 70. minionego wieku, lokacje i kostiumy zaprojektowane zostały z umiarem i ze smakiem. Jednak zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu są zdjęcia. To element, który zadziałał i który zasługuje na uznanie, zwłaszcza pod względem operowania nasyceniem koloru i światłem. Autor zdjęć, Martin Ruhe, wprowadził w filmie wyraźne rozdzielenie ciepłych scen „sielanki” z chłonnym „rozpadem”. Wizualnie film stoi na naprawdę zadowalającym poziomie i gdyby nie jego statyka, oglądałoby się go bardzo dobrze.
Nie da się ukryć, że McGregor podejmując się realizacji Amerykańskiej sielanki porwał się z motyką na słońce. I to podwójnie: nie dość, że wybrał dzieło ambitne, oparte na dialogach i licznych retrospekcjach, to jeszcze zaangażował się zarówno jako reżyser i aktor. Tej książki nie powinno się ekranizować, z pewnością nie z taką dozą wierności i zdecydowanie nie przez kogoś, kto o reżyserii wie naprawdę niewiele. A McGregor powinien na początku skupić się jedynie na reżyserii. Nie każdemu jest bowiem dane zostać Orsonem Wellesem. Niestety.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz