Gdybym miała polecić komuś prawdziwą, męską literaturę, bez
wątpienia byłby to Twardoch i jego najnowsza powieść. Król ma bowiem wszystko o czym prawdziwy (stereotypowy) mężczyzna
chce słyszeć: przemoc i seks. Są samochody, jest sport (i to nie byle jaki –
boks), nie zabrakło również lejącego się strumieniami alkoholu.
A dla tych, których ambicje sięgają nieco dalej również mam
dobrą wiadomość: Król to solidnie
napisana powieść, gdzie obok poćwiartowanego ciała znajdzie się również chwila
na odrobinę liryzmu i refleksji. Ale to tak symbolicznie, bo od przybytku głowa
czasem może jednak zaboleć. I to dość mocno.
Szczepan Twardoch przyzwyczaił nas do solidnej i
dopracowanej prozy. Pamiętam doskonale, jak niemalże każdy rozpływał się nad
jego Morfiną, późniejszy Drach został przyjęty równie
entuzjastycznie. Teraz przyszedł czas na nową powieść, która jeszcze przed
wydaniem wzbudziła na rynku dość żywe (i to w większości pozytywne) emocje, a
prawo do jej ekranizacji zakupił Canal+. Tylko czekałam, aż Król zostanie ogłoszony wydarzeniem
literackim roku, ale całe szczęście casus Kronosa
Gombrowicza się nie powtórzył i najnowsze dzieło Twardocha nie okazało się
być przereklamowane.
Choć doskonałe też nie jest.
Zacznijmy od tego, co w Królu
jest dobre, a jest to przede wszystkim fabuła. Akcja książki rozwija się w
taki sposób, że sama pcha czytelnika do przodu, wywołując syndrom „jeszcze
jednej strony”. Powieść toczy się w 1937 r., momencie, kiedy Polska znajduje
się o krok od rozpoczęcia zagłady. W powietrzu czuć niepokój wywołany sytuacją
rozgrywającą się za zachodnią granicą, poczucie zagrożenia szerzy się zwłaszcza
wśród zbiorowości żydowskiej, która spotyka się z coraz to większą niechęcią
również w kraju. Wśród Polaków wzmacniają się postawy narodowościowe i
antysemickie, co owocuje m.in. wprowadzeniem getta ławkowego na uczelniach oraz
rozprzestrzenianiem plotek o domniemanym zamachu stanu.
Jak łatwo się można domyślić, wizja stolicy końca lat 30
minionego wieku nie ma w sobie nic z belle
epoque, Warszawa Twardocha to nie miejsce kabaretów, kawiarni i namiętnych
tang, a miasto rządzone przez gangsterów, których porachunki przybierają niekiedy
najbardziej brutalne formy. To miasto bezprawia, które w garści ściska Kum
Kaplica wraz ze swoimi zaufanymi pomagierami, w tym m.in. przystojnym bokserem
Jakubem Szapiro. To oni decydują o tym, kto będzie mógł spać bezpiecznie, a kto
zapadnie się pod ziemię lub raczej utonie w okolicznych gliniankach. Warszawa
to miasto brudu, przemocy, spelunek i burdeli. Warszawa to miejsce
niebezpieczne, w którym raczej nie chcielibyśmy mieszkać. Trochę taki Nowy
Jork, tylko przefiltrowany przez polskie zamiłowanie do obijania przeciwników
po gębach i naszą narodową butę.
Co co trzeba przyznać Twardochowi, to zdolność do dobrej
konstrukcji świata powieści. Wypełnił on swoją książkę nie tylko interesującymi
miejscami, ale również ciekawymi postaciami, niejednoznacznymi, pełnymi
różnych, często sprzecznych emocji. Są to postacie nieoczywiste, które choć na
pierwszy rzut oka zdają się być bezdusznymi maszynami do zabijania, największą
walkę toczą tak naprawdę sami ze sobą. To właśnie te zmagania tworzą oś
powieści i odpowiadają za intersujący zwrot akcji, który wprowadzony dość
subtelnie zmienia zupełnie odbiór treści książki. Ten oryginalny zabieg
sprawia, że książka zaskakuje i zyskuje sympatię zarówno krytyków, jak i
przeciętnych czytelników.
Niestety, w warstwie postaci skrywa się również pięta achillesowa
Króla.
Jak napisałam we wstępie, Król jest powieścią, którą można spokojnie polecić każdemu
czytającemu mężczyźnie. Jest to bowiem historia, w której to właśnie mężczyzna
odgrywa główną rolę i który znajduje się w centrum uwagi. Kobiety spychane są
na drugi plan, stanowiąc najczęściej worek treningowy lub obiekt fascynacji
seksualnych. Przedstawicielki płci pięknej nie mają w Królu zbyt wiele do powiedzenia, są traktowane przedmiotowo. I
nawet jeśli jednej z nich udaje się uwolnić, to tak naprawdę jest to wolność
połowiczna. Ryfka Kij, bo o niej mowa, zostaje sprowadzona do roli opiekunki,
która bezgranicznie oddana miłości nie potrafi opuścić ukochanej osoby i tylko
dzięki temu jest w stanie poprowadzić akcję książki do epilogu. I chociaż w tle
pobrzmiewa gdzieś echo emancypacji, a część bohaterek jest wysportowanymi
Żydówkami, kobietami nowej ery, to jednak tak naprawdę to „wysportowanie” nie
znajduje odzwierciedlenia w ich działaniu, a raczej rzutuje na atrakcyjną powierzchowność.
Trudno tutaj osądzić, na ile jest to zabieg literacki, a na ile wyraz
osobistych upodobań autora. Nie mniej jednak papierowość postaci kobiecych
psuje przyjemność lektury. Zwłaszcza dla przedstawicielek płci pięknej.
A skoro poruszyłam już osobiste upodobania autora, to tutaj
pojawia się pewien dylemat. Twardoch pokazuje Królem, że wypracował sobie już pewien styl, który sukcesywnie
kontynuuje od momentu Morfiny. Silni
mężczyźni dominujący kobiety, to tylko drobny element szablonu, którym zdaje
się posługiwać autor. Dodajmy do tego tło historyczne, miasto oraz motyw
wojenny, a już otrzymujemy pewien wzór, w którym za każdym razem pojawiają się
inne wartości, ale które w rezultacie prowadzą do tego samego. Nie jest to
powód do krytyki, w końcu wypracowanie własnego, rozpoznawalnego stylu
charakteryzowało tych najwybitniejszych literatów. Jak jednak pisałam już w recenzji
Osiołkiem Stasiuka, w takim przypadku
o krok jest od popadnięcia w rutynę. I o ile cześć czytelników lubi to, co już
zna i czuje się bezpiecznie w tego rodzaju stylistyce (patrz wszelkie powieści
Dana Browna), to jednak niektórzy mogą poczuć, że ktoś próbuje podać im odgrzewanego
kotleta i szybko się zniechęcą. Król takiego
uczucia raczej w nikim nie wywoła i raczej nikt nie powinien poczuć przesytu
zabiegami Twardocha, natomiast przyszłość rysuje się dość niepewnie.
Czytając Króla warto
również wziąć poprawkę na to, że po Morfinie
Twardoch zaczął przechylać się wyraźnie w stronę literatury rozrywkowej.
Jest to wciąż twórczość ambitna, aczkolwiek skrojona pod potrzeby przeciętnego
czytelnika, który po książkę sięga przede wszystkim dla relaksu, a nie dla
doznania jakiś głębszych przeżyć intelektualno-duchowych. Absolutnie nie jest
to zarzut piętnujący tę powieść, w końcu takiej literatury również potrzebujemy
na rynku i lepiej, jeśli będzie ona napisana porządnie i z klasą. Nie jest to
również książka historyczna. Akcja w niej opisana toczy się co prawda w
określonym momencie w przeszłości a bohaterowie wzorowani są na autentycznych
postaciach, ale te odwołania pozostają wciąż jedynie w strefie inspiracji. I
tak, jak nie należy się uczyć historii od Sienkiewicza, tak nie należy osądzać
Twardocha pod względem wierności historycznej.
Król jest doskonałą
powieścią popularną, która momentami aspiruje do bycia czymś więcej. Unoszący się
nad Warszawą kaszalot ma za zadanie dodawać nieco nieoczywistości i poetyki do
tekstu, ale chyba bardziej przeszkadza w odbiorze treści, niż ją wzbogaca. Jest
to zabieg niepotrzebny, bo zważywszy na wartką i dość ciekawą fabułę,
polifoniczność treści oraz interesujący zabieg narracyjny, tekst ten nie
wymagał dodatkowych ingerencji. Co za dużo, to nie zdrowo. Mimo to nowego
Twardocha warto przeczytać, o ile oczywiście ktoś nie czuje przesytu wątkami
żydowskimi w literaturze i o ile kogoś nie zraża zbyt wielka doza przemocy
ukazana w tym dziele.
A ja tymczasem czekam na obiecany serial.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz