Dorota Wójcik, fot. Juliusz Multarzyński
W Łodzi obchodzimy jubileusz i to nie byle jaki. W tym roku
mija bowiem 50 lat istnienia Teatru Wielkiego, instytucji, która stała się
domem dla Opery Łódzkiej (której 60-lecie obchodziliśmy w 2014 r.).
Podobnie jak w przypadku poprzedniej rocznicy, tak i teraz
postanowiono uczcić tę okazję spektaklem, który pół wieku temu zainaugurował
działalność Wielkiego. Dwa lata temu był to Straszny
dwór, tym razem wybór padł na Halkę.
Jak wypadła ta wyjątkowa produkcja?
Oczekiwania były ogromne. Pół wieku funkcjonowania łódzkiego
teatru, który z mniejszymi bądź większymi sukcesami co roku dokładał swoją
cegiełkę do tworzenia historii polskiego teatru muzycznego, to nie byle jaka
rocznica i wymaga wyjątkowej oprawy. Jubileusz sprzed dwóch lat
zorganizowano z prawdziwą pompą: reżyserię spektaklu poświęcono Krystynie
Jandzie, do udziału w przedstawieniu zaproszono artystów spoza łódzkiej sceny,
m.in. Małgorzatę Walewską i Tomasza Koniecznego. Wybudowano dworek, usypano śnieżną górę, aktorów przyodziano w dopracowane stroje nawiązujące do czasów
Powstania styczniowego. Całość była dość tradycyjnym i zachowawczym
przeniesieniem na łódzką scenę Strasznego
dworu (może z wyjątkiem drobnego przesunięcia w czasie), jednak
dopracowanym na tyle, że większość widzów opuściła progi Wielkiego
zadowolona.
Jarosław Kilian w jubileuszowej Halce podążył podobnym tropem. Jego interpretacja dzieła Moniuszki
to kolejne tradycyjne podejście do tematu polskiej opery narodowej. W
przeciwieństwie do spektaklu Jandy, to jest jednak dużo skromniejsze, subtelniejsze i
(ze względu na tragiczny wydźwięk dzieła) nieco bardziej patetyczne i
emocjonalne.
Nudniejsze również.
Patryk Rymanowski, fot. Juliusz Multarzyński
Każdy, kto oglądał Krakowiaków
i górali Kiliana (zrealizowanych na jubileusz 250 lat Teatru Publicznego w
Polsce dla Opery Narodowej) wie, czego po najnowszym dziele reżysera można się
spodziewać. Na jego wizję składają się oszczędność dekoracji, nacisk na grę
aktorską a także subtelne efekty, które dopełniają plastyczność obrazu. W
przeciwieństwie do wodewilu, Halka jest
jednak mniej kolorowa, a w miejsce humoru reżyser implikuje zabiegi z
wykorzystaniem efektów świetlnych i dymnych, które wraz z odtwarzanymi w tle wizualizacjami mają
oddać widzowi ciężki i tajemniczy charakter odgrywanych na scenie wydarzeń.
W przeciwieństwie do rozhasanych Krakowiaków i górali, w swoim najnowszym dziele Kilian zapomniał o
jednym, bardzo istotnym szczególe: ruchu scenicznym. Jego Halka jest dziełem niezwykle statycznym, co w połączeniu ze
szczątkową dekoracją (zwłaszcza w dwóch pierwszych aktach, gdzie na scenie
znajduje się jedynie żeliwna brama i żyrandole) sprawia, że dzieło staje się
niezwykle trudne w odbiorze. I o ile akt I urozmaica żwawy mazur, tak odegrany w miejscu akt II
sprawił, że o mały włos zasnęłam. Gdyby
nie to, że zależało mi na obejrzeniu całości, prawdopodobnie po przerwie znudzona
opuściłabym gmach Teatru.
I popełniłabym duży błąd.
fot. Juliusz Multarzyński
Akt III i IV to zupełne przeciwieństwo tego, z czym widz
miał styczność przed przerwą. Chociaż aktorzy są nadal dość statyczni, to ruch
zapewnia dekoracja. Mamy jeżdżące platformy z połamanymi halnym drzewami
(prawdopodobnie nawiązanie do uczuć bohaterów) i szkielet drewnianego kościółka,
dym, siatkę, pracę świateł. Apogeum następuje w momencie, w którym na scenie
pojawia się Anioł prowadzący w zaświaty maleńkie dziecko Halki i Janusza oraz w
momencie śmierci samej bohaterki, która podąża wiedziona przez Anioła w sam
środek tajemniczego wiru. Oczywiście można powiedzieć, że są to sceny „efekciarskie”, mało wyszukane,
grające na emocjach widzów i poniekąd jest to prawda. Siedząc na widowni
słyszałam pociągnie nosem wzruszonej pani oraz głośne „ooooo!” w momencie
pojawienia się wizualizacji imitującej wir. Sztuczka Kiliana zadziałała i
widzowie wychodząc z teatru mówili o zakończeniu, puszczając w niepamięć nudny
początek.
Jubileuszowa Halka jest
nierówna nie tylko pod względem reżyserii. Wątpliwości budzą również kostiumy
bohaterów. Owszem, są one bogate i dopracowane, jednak patrząc na nie można
odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w arystokratycznej Francji. Wystarczy
spojrzeć na piękną, ale dość abstrakcyjną suknię panny młodej, czy na
upudrowanego Janusza. Tylko jedna osoba (Stolnik) pojawia się w kontuszu, czym wizja
odpowiadającej za kostium Weroniki Karwowskiej niebezpiecznie zbliża się do
tego, co widzieliśmy w Strasznym dworze,
gdzie na scenie również pojawił się tylko jeden reprezentant wartości
szlacheckich. Ta Francja w zderzeniu z odzianymi w nawiązujące do tradycyj stroje góralami daje niemały zgrzyt. Kto wie,
może był to manewr zamierzony, jednak mimo dobrych intencji całość wypadła dość
sztucznie. Bardzo ciekawie prezentuje się za to postać anioła, który stanowi
połączenie nadludzkiej postaci i ptaka, co zapewne stanowi ukłon w stronę
przywoływanego nieustannie przez Halkę sokoła.
Tomasz Jagodziński, fot. Juliusz Multarzyński
Pod względem wokalnym Halka
wypadła na zadowalającym poziomie. W przeciwieństwie do spektaklu Jandy,
tym razem postawiono na artystów związanych z Teatrem Wielkim. W tytułowej roli
wystąpiła Dorota Wójcik, która przyzwyczaiła już łódzką publiczność do swoich
nienagannych i czystych interpretacji. W Jątka wcielił się Tomasz Kuk, którego nie mogę
ocenić sposób jednoznaczny. Były bowiem momenty,
w których wydawało mi się, że brak mu werwy, góralskiej mocy, chociaż słynną
arię Szumią jodły na gór szczycie wykonał
całkiem poprawnie. Grzegorz Szostak w roli Stolnika nie zawiódł, śpiewając
mocnym, postawionym głosem, podobnie jak Łukasz Motkowicz, który w roli Janusza
wypadł również bez zarzutu. Na szczególnie wyróżnienie zasługuje Patryk
Rymanowski, który po raz kolejny udowodnił, że potrafi nie tylko dobrze śpiewać
(choć początkowo był lekko stłumiony przez orkiestrę), ale również grać i
ożywiać statyczne sceny. Do gustu przypadło mi również czyste i liryczne
wykonanie partii górala przez Przemysława Cierzniewskiego. Orkiestra pod batutą
Wojciecha Rodka przez większość przedstawienia grała dość zachowawczo i „w
punkt”, choć w pierwszym akcie lekko zagłuszała aktorów. Po raz kolejny nie
zawiódł również chór, który pod przewodnictwem Dawida Jarząba przeżywa obecnie
swój renesans. Bez zarzutu spisał się również balet, który doskonale odnalazł
się w klasycznej i dopracowanej w najdrobniejszym szczególe choreografii Emila
Wesołowskiego (który nota bene odpowiadał również za przydotowanie mazura w Strasznym dworze Jandy).
Gdyby potraktować Halkę jako
typową premierę Wielkiego, wypadłaby ona dość przyzwoicie. Gdyby nie statyczność
wizji Kiliana, mógłby powstać z tego nawet doby, atrakcyjny wizualnie, choć
bardzo zachowawczy, hołdujący tradycji spektakl. Niestety,
ze względu na jubileuszową rangę przedstawienia należy podnieść poprzeczkę, a
tej nie jest w stanie on przeskoczyć. Mimo to Halkę warto jest zobaczyć, bo to powrót polskiej klasyki na deski
Wielkiego. I to w bardzo dobrym wykonaniu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz