Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2017

Amerykańska sielanka - film



Niektóre filmy nie powinny być ekranizowane. Po prostu czasami lepiej jest pozostawić literaturę samej sobie i dać jej prawo do istnienia w obrębie tekstu pisanego.

Okazuje się bowiem, że to, co świetnie sprawdza się na papierze, nie zawsze równie dobrze radzi sobie na ekranie. Wbrew nadziejom twórców literatura, nawet ta najwyższych lotów, nie obroni się sama, nawet przy przeniesieniu na ekran w konwencji 1 do 1.

piątek, 3 lutego 2017

Konkurs im. Andrzeja Munka



 
W środę, 1 lutego na łódzkiej Filmówce zostały wręczone Nagrody im. Andrzeja Munka. Konkurs ten, organizowany od 1965 r., ma na celu wyróżnić debiutujących reżyserów oraz autorów zdjęć do pełnometrażowych filmów, które ukazały się na srebrnym ekranie w przeciągu ostatnich dwóch lat.

Kto okazał się być autorem najciekawszego debiutu filmowego w tegorocznej edycji nagrody?

niedziela, 22 stycznia 2017

Powidoki



Mistrza krytykować nie wypada. Zwłaszcza jeśli niedawno rozstał się z tym światem. Zwłaszcza, jeśli właśnie na ekrany kin weszło jego ostatnie dzieło. Zwłaszcza, jeśli miało ono stanowić pewnego rodzaju ostatnie zdanie artysty. 

Zwłaszcza, jeśli nie jest ono tym, czym spodziewaliśmy się, że będzie.

wtorek, 10 stycznia 2017

Cybulski. Podwójne salto




Bycie aktorem to jedna z najsamotniejszych doli na świecie. Bycie dobrym aktorem nie jest łatwe, a bycie dobrym człowiekiem jest jeszcze trudniejsze. Nim odejdę, w obu chciałbym osiągnąć perfekcję. 

Tak powiedział kiedyś Jams Dean, tragicznie zmarły aktor, któremu pomimo stosunkowo krótkiej kariery udało się zostać ikoną młodych Amerykanów w latach 50. minionego wieku. Znudzeni korowodem oddających życie za ojczyznę wojennych bohaterów nastolatkowie szukali kogoś, z kim mogliby się utożsamiać. Kogoś, kto swoim nonkonformizmem i buntem wykreowałby nową sylwetkę filmowego amanta.

To poszukiwanie nowego wzoru, przedstawiciela nowego pokolenia, dotknęło również Europejczyków. W Polsce wybór padł na Maćka Chełmickiego, a raczej na aktora, który wcielił się w rolę tego zadziornego chłopaka: Zbigniewa Cybulskiego. 

Kim tak naprawdę był aktor, który niemal z miejsca stał się bożyszczem kobiet i wzorem do naśladowania dla mężczyzn? Tę zagadkę stara rozwiązać się Dorota Karaś w swojej najnowszej książce Cybulski. Podwójne salto. 

niedziela, 1 stycznia 2017

Pasażerowie


… czyli jak zepsuć film z potencjałem. 

*UWAGA: będą spoilery. Inaczej się nie da.* 

Pasażerowie to film, który mógł być filmem dobrym, a nawet bardzo dobrym. 

Zaczyna się dość ciekawie, zwiastując naprawdę dobre i trzymające w napięciu kino. Niestety, w pewnym momencie wszystko zaczyna zmierzać w zupełnie złym kierunku. Film możemy podzielić na trzy części. Pierwsza część zaczyna się od zarysowania tła. Znajdujemy się na statku Avalon, który podąża w kierunku nowej planety, gdzie znajdujący się na pokładzie śmiałkowie mają założyć nową kolonię. Ponieważ czas potrzebny na pokonanie dystansu dzielącego Ziemię i cel podróży wynosi ponad 100 lat, zarówno pasażerowie, jak i członkowie załogi podróżują pogrążeni w hibernacji. W pewnym momencie na pokładzie dochodzi jednak do awarii, w wyniku której jedna z kapsuł hibernacyjnych ulega rozprogramowaniu wybudzając przedwcześnie mechanika Jima. Bohater dość szybko orientuje się, że obudził się, bagatela, 90 lat przed czasem. Co gorsza - jako jedyny. 

W tym momencie rozpoczyna się dość ciekawy wątek podkreślający, w jak beznadziejnym położeniu znalazł się Jim. Bohater nie dość, że musi poradzić sobie z samotnością (oprócz niego na pokładzie przebywają jedynie roboty, w tym sympatyczny barman-android), to jeszcze musi skonfrontować się z wizją spędzenia całego swojego życia na pokładzie Avalonu. Co prawda ma zapewniony wikt i opierunek (niekończące się jedzenie, wszelkiego rodzaju rozrywki, lekarstwa), co nie zmienia faktu, że do końca swoich dni pozostanie w tym dryfującym w przestrzeni kosmicznej więzieniu. Widzimy, jak zmienia się nastawienie bohatera, od próby zrozumienia nowej sytuacji, poprzez determinację i wolę walki, rezygnację połączoną z myślami samobójczymi, aż po pogodzenie się ze swoim losem. A przynajmniej tak się nam, widzom, tylko wydaje.

Nasz bohater zakochuje się w pogrążonej we śnie pisarce Aurorze (tak, dobór imienia nie jest przypadkowy). Niczym stalker gromadzi informacje z jej życia, przegląda wszystkie dostępne dane, oglądając wywiady, czytając książki jej autorstwa. Uczucie jest na tyle silne, że pojawia się dylemat moralny: czy może „wybudzić” ukochaną, tym samym wprowadzając dozę optymizmu do swojego samotniczego życia (od momentu awarii minął już rok), tym samym pozbawiając szczęścia Aurorę i skazując ją na spędzenie reszty życia w zamknięciu? Czy ma prawo decydować o życiu innej osoby? Okazuje się, że zauroczenie wygrywa i piękna Aurora budzi się ze snu. 


I tutaj zaczynamy cześć drugą. Niestety. 

Bo z ciekawego filmu poruszającego jednak dość istotny dylemat moralny przenosimy się do komedii romantycznej. Nagle problem klaustrofobicznego położenia bohaterów przestaje mieć znaczenie. Aurora praktycznie od razu zakochuje się w Jimie (przystojny chłopak, nie ma się co jej dziwić), spędza z nim czas na grze w koszykówkę, wystawnych kolacjach w restauracji, beztroskich rozmowach z barmanem. Napięcie pierwszej części zupełnie się rozmywa, nie ma tutaj żadnej głębi. Słodycz kapie z każdego kadru, a wokół zaczyna roztaczać się mdlący zapach róż. 

Oczywiście sielanka nie trwa wiecznie, bo Aurora w końcu dowiaduje się, że za jej wybudzeniem nie stoi awaria (tak, jak usiłował wmówić jej to Jim), a ingerencja jej ukochanego. Tutaj na chwilę klimatem wracamy do części pierwszej, ponownie zagłębiając się w to, co dzieje się w psychice bohaterów. Co prawda pojawiają się opinie, że reakcja bohaterki jest przerysowana, jednak moim zdaniem jest ona dość trafna. Przypominam: Jim dla własnej zachcianki pozbawia Aurorę szczęścia (a poniekąd również i życia). Jest to czyn egoistyczny, dla którego nie można znaleźć żadnego usprawiedliwienia. Nic więc dziwnego, że bohaterka przeżywa szok, dopuszczając się nawet rękoczynów. Jest to w pełni zrozumiałe. Nie mniej widząc jej reakcję i ponowne napięcie płynące z ekranu wydaje się, że wracamy klimatem do początku filmu. 

Niestety, przychodzi część trzecia. 

Przez cały film napływają do nas informacje o kolejnych usterkach pojawiających się na statku. W pewnym momencie okazuje się, że tak naprawdę nasi bohaterowie znajdują się na futurystycznym odpowiedniku Titanika, który po zderzeniu z meteorytem zaczyna tonąć. Statek się rozpada, a wraz z nim następuje rozkład fabuły. Bo nagle porzucamy psychologiczne dylematy, przenosząc się do filmu akcji z aspiracją do kina katastroficznego. Warto dodać, że dość kiepskiego. Nagle fabuła zaczyna poważnie szwankować. O ile początek rozwijał się dość powoli, tak teraz akcja nabiera tempa do takiego stopnia, że twórcy filmu idą na skróty. Bohaterowie praktycznie od razu otrzymują klucz do rozwiązania problemu. „Zupełnie przypadkowo” pojawia się kuriozalna postać Gusa, który oprócz swoich uprawnień kapitańskich, którymi dzieli się z Aurorą i Jimem nie wnosi do fabuły zupełnie nic. Wymazane zostają uczucia bohaterów, które mogłyby budować napięcie. Napięcia nie ma również w finale, który jest przewidywalny aż do bólu. O kiczowatym zakończeniu z biegającymi po pokładzie Avalonu kurami już nawet nie chce mi się rozpisywać.


Porównując początek i zakończenie filmu można odnieść ważenie, że tak naprawdę widzieliśmy dwa zupełnie odmienne obrazy. Początkowy suspens zamienił się w serię tanich chwytów łapiących za serce widza. A przecież można było ten film uratować. W czasie seansu miałam nadzieję, że scenarzysta zagra widzom na nosie i uśmierci Jima. Wówczas osamotniona Aurora mogłaby pójść w ślady swojego „ukochanego” i wybudzić kolejną osobę. Taka klamra zaowocowałaby znacznie lepszym odbiorem filmu, pobudziłaby do dyskusji podkreślając, że jednak motywem przewodnim tej historii jest samotność i to, do czego zdolny jest każdy z nas, by sobie z nią poradzić. 

Ale nie, lepiej jest postawić na miłość i wybrać wersję „i żyli długo i szczęśliwe”. 

Nie znaczy to jednak, że oglądanie Pasażerów jest jakąś wyjątkową mordęgą. Pominąwszy rozczarowujący scenariusz, realizacyjnie film trzyma dość przyzwoity poziom. Dobór aktorów zdecydowanie przemawia na plus recepcji obrazu. Co prawda nie uważam ani Lawrence, ani Pratta za aktorów wybitnych, ale moim zdaniem spełnili oni oczekiwania stawiane im przez konstrukcję scenariusza. Wizualnie film prezentuje się dość interesująco, wnętrza statku świetnie współgrają z utrzymanymi w klimacie futurystycznym kostiumami stanowiąc spójną całość. Natomiast jeśli chodzi o muzykę… Oprócz „Like a rolling stone” Dylana nie mogę sobie teraz, niecałe 48 godzin po seansie, przypomnieć żadnego motywu z filmu. A to niestety nie świadczy zbyt dobrze o warstwie muzycznej tej produkcji. 

Powiem wprost: Pasażerowie mnie rozczarowali. Raz, że po obejrzeniu trailera wmówiłam sobie, że za serią awarii statku stoi jakaś bardziej rozbudowana historia, dwa, że wątek moralny został w końcowej części filmu wymazany gumką stawiając na piedestale bezgraniczne i silne uczucie łączące naszych bohaterów. Motyw Amor vincit omnia moim zdaniem został w ponad stu letniej historii kina wyeksploatowany już do tego stopnia, że nie sam w stanie się obronić. To już nie wystarcza. 

Mam nadzieję, że doczekam momentu, w którym duże produkcje będą co najmniej aspirowały do kina ambitnego. 

piątek, 16 grudnia 2016

Sprzymierzeni




Historia lubi się powtarzać.

Dopiero co pisałam o naszej nieustającej fascynacji wojną, o wątkach II Wojny powracających w dziełach literackich niczym bumerang. O tym jak chcemy się od tego odciąć (nie, nie, dość już wojny, dość martyrologii), z drugiej jak dobrze przyjmowane teksty zakorzenione w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego wieku.

Zjawisko to nie jest zarezerwowane dla literatury, praktycznie co miesiąc na ekrany kin wchodzą filmy, których bohaterami są dzielni żołnierze walczący na froncie, zwykli cywile zmagający się z okupantem na swój mniej bezpośredni sposób lub więzieni w obozach jeńcy. I to nie tylko za sprawą polskich twórców, w ostatnim miesiącu oprócz Wołynia na ekrany zawitały również takie obrazy, jak Przełęcz ocalonych czy Sprzymierzeni. 

Ten ostatni film miałam okazję zobaczyć w minioną środę.

Zacznijmy od zarysowania fabuły: kanadyjski oficer wywiadu Max Vatan (Brad Pitt) trafia do Casablanki, gdzie wraz z Marianne Beauséjour (Marion Cotillard), członkin francuskiego ruchu oporu, mają przeprowadzić wspólny zamach na ambasadora III Rzeszy. Bankiet zamienia się w krwawą jatkę, a nasi bohaterowie (oczywiście związani już uczuciem) po dobrze wykonanym zadaniu wracają do Londynu. Ta wielka akcja przywodząca na myśl Bękarty wojny Tarrantino (nie tylko za sprawą Pitta, ale również samej sceny zamachu) stanowi jednak dopiero prolog do właściwej części fabuły. Okazuje się bowiem, że nasza para i łącząca ją relacja zostanie wystawiona na próbę, kładąc na jednej szali uczucie, na drugiej dobro koalicji. Dylemat moralny prowadzi do wszczęcia prywatnego śledztwa, konsekwentnie budując napięcie do praktycznie ostatnich scen filmu.

Wrażenia?

Zacznijmy od tego, że nagana należy się promocji filmu, a w szczególności zwiastunowi, który zdradza zbyt wiele szczegółów fabuły. Sprawia on, że widz po zapoznaniu się z trailerem zna już 1/2 fabuły i z powodzeniem może wejść na sale kinową dopiero w środku filmu, by zobaczyć, jak będzie wyglądało zakończenie. W ten sposób odbiorca pozbawiony jest przynajmniej jednego elementu zaskoczenia, który bez obwieszczenia go wszem i wobec w kampanii marketingowej, mógłby być dość silnym uderzeniem. Fakt, że bez „sprzedania” tej informacji promowanie filmu byłoby utrudnione, ale mimo to nadal uważam, że należało to jakoś sprytnie obejść. Obraz zdecydowanie na tym traci.

Film jest bowiem dość… przeciętny. Sama fabuła jest dość interesująca i, jak już wspomniałam, trzyma w napięciu praktycznie do samego końca. Na szczególną pochwałę zasługuje scena przyjęcia w londyńskim domu bohaterów, gdy Max (a wraz z nim również i widzowie) otrzymują malutką iskierkę nadziei, wierząc że sprawy mają się zupełnie inaczej, niż są nam przedstawiane. Trop ten trzyma w napięciu do samego końca filmu. Całość świetnie oddaje umiejscowienie akcji w konkretnej epoce: nie zawodzi charakteryzacja i scenografia. Efekty specjalne zostały zredukowane do minimum, co sprawia, że film nie razi sztucznością i stawia przekaz nad „efekciarstwo”. Aktorsko wszyscy spisują się na najwyższym poziomie. Najbardziej błyszczy Cotillard, która doskonale radzi sobie zarówno w roli intrygantki, jak i żony i matki. Przyćmiewa ona nieco wycofanego Pitta, którego bohater podchodzi do wszystkiego z większą rezerwą i jest bardziej wycofany. I o ile w scenach z "życia codziennego" brak mu nieco naturalności, tak  w scenach bardziej dynamicznych (np. wątek "śledztwa") jest już bardziej przekonywujący.



Mimo tych niewątpliwych zalet, film jednak nie zachwyca

Niestety nie obyło się bez typowej sztuczki Hollywood, czyli uzewnętrznienia emocji bohaterów za pomocą otoczenia. I tak scena miłosna rozgrywa się w samym centrum burzy piaskowej, porodowi towarzyszy bombardowanie, a rozstrzygająca scena to istna ulewa. Samo zakończenie to już istny popis kopiowania frazesów i wywierania na odbiorcy konkretnych emocji. Wierzę, że znajdą się osoby, które ze wzruszenia uronią łezkę, ale nie będzie ich zbyt wiele. Troszkę zbyt sztampowe, jak na film z "górnej półki". Wygląda to tak, jakby reżyser zapragnął stworzyć film w starym "hollywoodzkim" stylu, odwzorowując schemat wiernie, łącznie z każdym cliché. I o ile przeciętny widz być może tych drobnych niuansów nie odczuje, tak osoba, która po filmie reżysera Foresta Gumpa oczekuje odrobiny oryginalności, może być nieco zawiedziona.
 
Szwankuje również budowanie napięcia. Takie sceny jak egzekucja w sklepie jubilerskim, czy odpalanie silnika samolotu zdają się nie mieć końca. Rozumiem, że to celowy zabieg, jednak trwają one zbyt długo. Należy we wszystkim zachować umiar. 

A skoro już przy umiarze jesteśmy... Nie do końca rozumiem, czemu ma służyć wprowadzenie do fabuły siostry bohatera, która żyje w związku z inną kobietą. Wątek ten nie spełnia w filmie zupełnie żadnego celu i jego wycięcie nie miałoby najmniejszego wpływu na fabułę. Rozumiem, że walczymy o równouprawnienie, ale bez przesady.

Najnowszy obraz Roberta Zemeckisa określam jako poprawny. Ma kilka wad, jednak gdy przymknie się na nie oko, to otrzymuje się film interesujący (o ile ktoś nie oglądał zwiastuna) i dobrze wykonany. Może gdyby udało się uniknąć kilku „sztamp” w postaci smutnego deszczu i ckliwego zakończenia oraz gdyby bardziej rozbudowano wątek „śledztwa”, uzyskalibyśmy film bardzo dobry. Do kina można iść, bo oglądanie z pewnością nie będzie bolesnym przeżyciem. Nie jest to również pozycja, która wstrząśnie widzem, czy zmusi go do głębokich przeżyć. Ot, kolejny film o wojnie, z którym można miło spędzić czas (o ile ktoś kino tego rodzaju lubi) i który być może wzruszy bardziej wrażliwe niewiasty. Nic poza tym. 


środa, 7 grudnia 2016

Paszporty Polityki 2016 - nominacje





Zostały ogłoszone nominacje do Paszportów POLITYKI, jednej z najbardziej prestiżowych nagród kulturalnych w Polsce.

W tym roku jury nagrodzi młodych i utalentowanych twórców kultury, którzy w minionym roku wytyczali nowe trendy w następujących dziedzinach: film, teatr, sztuki wizualne, literatura, muzyka poważna, muzyka popularna. 24. edycja Nagrody zostanie wzbogacona o nową kategorię: kultura cyfrowa.

Decyzja ta nie powinna raczej nikogo dziwić. Polacy odnoszą coraz to większe sukcesy na rynku gier wideo. Duże uderzenie wywołane przez CD Project Red (ubiegłoroczny kreator kultury) i jego wiedźmińską trylogię udowodniło, że Polacy nie tylko mają wielkie ambicje, ale co raz częściej dysponują również zasobami, które pomagają w ich osiągnięciu. Warto również nadmienić, że na rynku gier co raz większą popularność zdobywają gry niszowe (tzw. "indie"), w których nacisk kładziony jest na ciekawe koncepcje, zarówno dotyczące samej mechaniki gry, jak i jej oprawy graficznej. To właśnie w tej dziedzinie gier Polacy zdają się najlepiej odnajdywać i odnosić co raz to większe sukcesy. Realizacje te co raz częściej zaskakują ciekawymi rozwiązaniami wizualnymi i fabularnymi, nic więc dziwnego, że kapitułą postanowiła wyróżnić twórców również i w tej kategorii. Nadszedł najwyższy czas na to, by awansować grę z pozycji zabawki i uznać ją za sztukę.

Wśród nominowanych znaleźli się:

 FILM:
- Bartosz M. Kowalski ("Plac zabaw")
- Jan P. Matuszyński ("Ostatnia rodzina")
- Tomasz Wasilewski ("Zjednoczone stany miłości")

TEATR:
- Agata Duda Gracz
- Paweł Sakowicz
- Anna Smolar

LITERATURA:
- Stanisław Łubieński ("Dwanaście srok za ogon")
- Natalia Fiedorczuk ("Jak pokochać centra handlowe")
- Zośka Papużanka ("On")

SZTUKI WIZUALNE:
- Alicja Bielawska
- Roman Stańczka
- Daniel Rycharski

MUZYKA POWAŻNA:
- Krzysztof Bączyk
- Marzena Diakun
- Łukasz Dyczko

MUZYKA POPULARNA:
- Taco Hemingway i Rumak
- Raphael Rogiński
- Wacław Zimpel

KULTURA CYFROWA:
- Piotr Iwanicki ("Superhot")
- Michał Staniszewski ("Bound") 
- 11 Bit Studios ("This War of Mine: The Little Ones")  

Sylwetki nominowanych zostaną zaprezentowane w oddzielnych postach. 

Oczywiście można prowadzić zażarte dysputy na temat, czy nominowani zostali dobrani dobrze, jakim kluczem posłużono się w tym roku itp.Osobiście w konsternację wprowadzają mnie nominacje w dziedzinie literatury i muzyki popularnej, ale widocznie taki dobór twórców ma jakiś sen i ich twórczość posiada to "coś", czego zabrakło pozostałym muzykom i pisarzom. Staram się w to uwierzyć.

Jak co roku zostanie przyznane również honorowe wyróżnienie Kreatora Kultury. Tytuł nadawany jest twórcom za za ich szczególne osiągnięcia w popularyzacji polskiej kultury. 

Laureatów wybranych przez Kapitułę poznamy podczas uroczystej Gali, która odbędzie się 10 stycznia 2017 roku w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. Wydarzenie będzie transmitowane w telewizji TVN oraz w radiu TOK FM.

W ubiegłym roku laureatami Paszportów Polityki zostali:
Magnus Von Horn (film),  Ewelina Marciniak (teatr), Tymek Borowski (sztuki wizualne), Łukasz Orbitowski (literatura), Marcin Świątkiewicz (muzyka klasyczna), Kuba Ziołek (muzyka popularna).
Kreatorem Kultury został CD Project Red.