Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódź. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2017

Awangardowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych




4 marca 2017 r. w Łodzi rusza kolejna, XXIII edycja Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Sztuki, które w tym roku będziemy mogli zobaczyć na deskach Teatru Powszechnego nawiązywać będą do tematu „Awangarda jako stan umysłu”.

sobota, 28 stycznia 2017

Halka




Dorota Wójcik, fot. Juliusz Multarzyński

W Łodzi obchodzimy jubileusz i to nie byle jaki. W tym roku mija bowiem 50 lat istnienia Teatru Wielkiego, instytucji, która stała się domem dla Opery Łódzkiej (której 60-lecie obchodziliśmy w 2014 r.).

Podobnie jak w przypadku poprzedniej rocznicy, tak i teraz postanowiono uczcić tę okazję spektaklem, który pół wieku temu zainaugurował działalność Wielkiego. Dwa lata temu był to Straszny dwór, tym razem wybór padł na Halkę. 

Jak wypadła ta wyjątkowa produkcja? 

wtorek, 27 grudnia 2016

X Puls Literatury - podsumowanie


Festiwali literackich w Polsce nie brakuje. Mamy warszawski Big Book, wrocławski Miesiąc Spotkań Autorskich, Literacki Sopot, krakowski Conrad Festival, empikowy Apostrof i pewnie jeszcze wiele mniejszych wydarzeń, promujących literaturę i czytelnictwo. 

Jest też łódzki Puls Literatury.

Nie jest to jeden z tych festiwali, które wykwitły na polskiej mapie wydarzeń kulturalnych w ramach gorączkowego naprawiania stanu czytelnictwa w Polsce. Nie, łódzki Puls to wydarzenie od lat zrzeszające miłośników nie tylko czytelnictwa, ale i dziedzin sztuki oscylujących wokół słowa pisanego. To wydarzenie wielopłaszczyznowe, wielokrotnie poruszające treści głębsze, trudniejsze, nie tak łatwo dostępne dla niedzielnego czytelnika. Adresatami Festiwalu nie są bowiem osoby czerpiące doznania literackie wyłącznie z półki z empikowymi bestsellerami, ale ci, którzy swoimi upodobaniami sięgają nieco dalej. 

Pulsowi chyba najbliżej do śp. Portu Literackiego, z tą różnicą, że obejmuje swoim zakresem więcej, niż produkty jednego wydawnictwa. W tym roku odbyła się jubileuszowa, X edycja Pulsu. Było literacko, teatralnie, muzycznie, artystycznie. Liczba zaproszonych gości oraz zaplanowanych wydarzeń przyprawiała o zawrót głowy. Od 3 do 10 grudnia, od 17:00 do późnych godzin wieczornych (a nawet nocnych) w Domu Literatury przy ul. Roosevelta 17 gromadzili się czytelnicy, którzy chcieli spędzić czas w nieco bardziej kulturalny sposób. Zresztą, sytuację najlepiej zobrazuje poniższy film: 

To, co zdecydowanie przemawia za Pulsem, to jego wyjątkowa atmosfera. Przekraczając próg Domu Literatury w zatrważająco szybkim tempie z roli „intruza” przechodzi się do „stałego bywalca”, niemal „domownika”. Nie ma tutaj zbędnego nadęcia i patosu, pojawia się za to niestety chaos. Z doświadczenia wiem jednak, że przy organizacji tak dużych wydarzeń chaos jest czym typowym i nie da się go uniknąć. Ważne, by nie przekraczał tej granicy, w której odbiorca ma wrażenie, że nikt nie panuje nad biegiem wydarzeń i całość zamienia się w improwizację. Pulsowi to całe szczęście nie groziło.

Ale gościnność nie wystarczy, ważniejsza jest meteorytyka. Pod tym względem Puls również stoi na wysokim poziomie. Spotkania zostały zaplanowane tak, by na scenie Domu Literatury pojawiły się persony znane i lubiane (m.in. Jacek Dehnel, Stefan Chwin, Magdalena Parys czy muzycznie Tomek Lipiński i Pablopavo) oraz te, które potrzebują promocji. Zupełnie początkujący mieli szansę, by za sprawą festiwalu wypłynąć, a to za sprawą szeregu konkursów, m.in. na prozę poetycką, dramat współczesny, debiut książkowy, poezję oraz tekst krytycznoliteracki. Spotkania bywały intrygujące, poruszały ważne tematy, zarówno dla samych literatów, jak i dla całego społeczeństwa. Zdarzały się również dyskusje zażarte, jak np. podczas spotkania towarzyszącego antologii Obraz i wir Leszka Engelkinga i Andrzeja Szuby. Uczestnictwo w takich spotkaniach to czysta przyjemność, nawet jeśli się nie wie, czym jest imaginizm. 

Jakub Kornhauser. Spotkanie poświęcone "Wierszom zebranym" Juliana Kornhausera
Myślą przewodnią tegorocznego festiwalu był dialog. Ów dialog zdaje się być właśnie piętą achillesową festiwalu. Puls Literatury tworzy bowiem monolog. Piękny tekst o ludziach zrzeszonych wokół jednej sprawy, jaką jest piękna i mądra myśl zawarta w literaturze. Uczestnicząc w spotkaniach widziałam cały czas te same twarze: ludzi zaangażowanych w tworzenie kultury, pisarzy, wykładowców, dziennikarzy. Osoby „spoza” kręgu wślizgiwały się jedynie podczas koncertów, stając się raczej tłem dla melorecytacji Pulsu, niż parterem w rozmowie.

Problemem tego festiwalu jest jego nieprzystępność. Niczym introwertyk, najlepiej czuje się on we własnym towarzystwie, w pięknej kamienicy przy Roosevelta 17, okazyjnie w Teatrze Nowym czy pobliskich klubach. Gdzieś dookoła istnieje jednak Łódź, Polska, która w mniejszym lub większym stopniu gotowa jest do podjęcia dialogu. Wystarczy tylko zacząć rozmowę. Nawet z tym niedzielnym czytelnikiem.


Mała Literacka. Spotkanie z Michałem Książkiem i Maciejem Płazą

Oczywiście nie jest to problem wyłącznie tego konkretnego wydarzenia. Organizując festiwale literackie, baletowe czy teatralne zawsze staje się przed problemem, jak dotrzeć do osób, które nie są tym pierwszym, docelowym „targetem”. Najłatwiej jest „wyjść” do ludzi, tak jak to ma miejsce np. podczas Imienin Kochanowskiego, które przybierają formę radosnego pikniku organizowanego w warszawskim Ogrodzie Krasińskich. Albo tak jak podczas pierwszej edycji Big Book zorganizować maraton czytania dzieł Mrożka na Dworcu Centralnym. Pomysłów nie brakuje, trzeba się tylko odważyć i przełamać barierę. Później pójdzie już jak z płatka. 

W tym roku Puls poczynił pierwsze kroki i zaprosił łodzian do uczestniczenia w wyborze laureata Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. Oddano 233 głosy. Oczywiście można debatować, czy to dużo, czy mało, ja jednak interpretuję tę liczbę jako dobry start i obietnicę nawiązania dialogu z „miastem”, a korzystając z dobrodziejstw internetu wykraczając również i poza jego granice. 

Głosowanie na ul. Piotrkowskiej w Łodzi
Wierzę, że kolejna, XI edycja Festiwalu będzie miała już ten problem już za sobą. Szkoda bowiem, by tak ciekawe wydarzenie organizowane było wciąż dla tego samego grona odbiorców. Nie jest to łatwe, ale może się ud.
Znając gościnność i serdeczność organizatorów Pulsu - uda się na pewno.

źródła zdjęć:
Fb Puls Literatury 
Fb Dom Literatury
  

wtorek, 13 grudnia 2016

Michał Głowiński laureatem Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima

źródło: Dom Literatury
W niedzielę, 11 grudnia 2016 r. w Teatrze Nowym im. Kazimierza Dejmka w Łodzi odbyła się uroczysta Gala wręczenia Nagrody Literackiej im. Juliana Tuwima. 

Laur w tym roku powędrował do prof. Michała Głowińskiego, teoretyka literatury, eseisty i prozaika. Chociaż przez zdecydowaną większość swojego życia profesor uprawiał twórczość stricte naukową, to jednak jego późny debiut prozatorski z książką Czarne sezony ujawnił również talent prozatorski pisarza. W swoich dziełach nie bał się on poruszać tematów tak trudnych, jak holocaust (sam swoje życie zawdzięcza Irenie Sendlerowej) czy homoseksualizm.

Warto wspomnieć, że Głowiński był czterokrotnie nominowany do Nike: w 1997 r. za Mowę w stanie oblężenia, w 1998 r. za wspomniane już Czarne sezony, w 2001 r. za Dzień Ulissesa i inne szkice na tematy niemitologiczne i w 2011 za autobiografię Kręgi obcości. W tym roku na rynku ukazała się Carska filiżanka, kolejna próba rozprawienia się z przeszłością, nie tylko tą naznaczoną piętnem II Wojny Światowej, ale również przesiąkniętej stalinizmem. 

Sam Głowiński odbierając nagrodę był wyraźnie wzruszony. Stwierdził, że za sprawą tego wyróżnienia może poczuć się „pewniej” jako prozaik. Zwrócił również uwagę na więź łączącą go z Tuwimem: to właśnie z jego Lokomotywą wiążą się pierwsze doznania literackie pisarza. I chociaż jego zdaniem Nagroda Tuwima tworzy w ten sposób w jego życiu ramę, to jednak mam nadzieję, że Profesor będzie swoją twórczość kontynuować i poza tę ramę wykroczy. 

Tyle o laureacie. Czy werdykt jest słuszny? To już kwestia gustu i upodobań. Z pewnością jego twórczość wpisuje się w główną myśl nagrody: twórczość literacką o wysokich walorach artystycznych – w rozumieniu dzieła lub kilku dzieł – która w istotny sposób podwyższa poziom świadomości wspólnoty społecznej demokratycznego państwa, przyczyniając się do zrozumienia źródeł i różnic światopoglądowych oraz oferuje wgląd w problemy rzeczywistości społecznej i kulturowej na poziomie jednostek, społeczeństw i narodów. Wspomniane już przeze mnie wątki zmagania się z własną odrębnością (pochodzenie żydowskie, odmienna orientacja seksualna) sprawiają, że dojrzałą (i piękna literacko) twórczość Głowińskiego uczy nas pokory i tolerancji. 

Gwoli ścisłości przypomnę, że pozostałymi nominowanymi byli: Henryk Grynberg, Jerzy Kronhold, Jacek Łukasiewicz, Piotr Matywiecki, Małgorzata Szejnert i Bohdan Zadura. W poprzednich latach laureatami zostali Magdalena Tulli, Hanna Krall i Jarosław Marek Rymkiewicz. W skład jury weszli: przewodniczący Jarosław Mikołajewski, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Magdalena Rabizo-Birek, Iwona Smolka, prof. Krystyna Pietrych oraz sekretarz Maciej Robert. 

Na Gali miało odbyć się również wręczenie nagrody publiczności Kai Kowalewskiej, poetce, która zwyciężyła w głosowaniu łodzian. Miało, bo laureatka na deskach Teatru Nowego się nie pojawiła. Wiadomo natomiast, że od przyszłego roku głosowanie publiczności ulenie zmianie i zgodnie ze wstępnymi deklaracjami organizatorów, łodzianie będą dokonywać wyboru po ogłoszeniu listy nominowanych. Czasami oddanie pełnej swobody wyboru ludowi nie kończy się najlepiej. Organizatorzy zadbali o artystyczną oprawę całego wydarzenia. 

źródło: Dom Literatury
Galę swoim koncertem uświetniła „Zielińska”, zwyciężczyni zorganizowanego we wrześniu przez Dom Literatury konkursu muzycznego im. Baczyńskiego. Głos Julity w połączeniu z oryginalnymi aranżacjami daje wyjątkową mieszankę stylistyczna i dobrze rokuje na przyszłość. Mam nadzieję, że jeszcze o tej młodej wokalistce usłyszymy. Całość zamknął natomiast spektakl Miłosz w żywych obrazach Pawła Odorowicza. Ten niespełna godzinny pokaz to połączenie wizualizacji (autorstwa Roberta Motyki) z wyimkami z wierszy Czesława Miłosza oraz z niezwykle poruszającą muzyką skomponowaną i częściowo wykonaną na scenie (partia altówki) przez pomysłodawcę projektu. 

Tym wyjątkowo lirycznym akcentem zakończyła się nie tylko Gala, ale i festiwal Puls Literatury. Po tygodniu paneli, spotkań autorskich, koncertów, wernisaży i innych doznań artystycznych, których uświadczyć można było w Domu Literatury, nadszedł czas na podsumowanie. Ale to już materiał na zupełnie inny, odrębny tekst. 

Jeśli chodzi o samą nagrodę, to mam nadzieję, że w przyszłym roku zasady jej przyznawania zostaną przeformułowane tak, by były bardziej czytelne dla przeciętnego łodzianina. Sam pomysł zaangażowania mieszkańców w wybór laureata zdaje się być świetnym pomysłem i sprawia, że przeciętny czytelnik może mieć swój wkład w podejmowanie ważnych decyzji. 


źródło: Dom Literatury
O samej nagrodzie i jej burzliwych losach wspomniałam już we wcześniejszym wpisie.

czwartek, 8 grudnia 2016

Wieloświat






Sobotnie popołudnie w Empiku. W dziale prasowym wpatruję się w sekcję „kulturalną” kontemplując zasadność nabycia najnowszego numeru Toposu. Po dwumiesięcznik ten sięgam bowiemprzeważnie ze względu na dołączone do niego tomiki i to od stopnia ich wpasowania w mój gust zależy prawdopodobieństwo finalizacji zakupu. Tym razem jest to Wieloświat Doroty Filipczak. Nazwisko jakby znajome, ale jestem pewna, że nie czytałam żadnego tekst tej autorki. Bardziej jednak intryguje zdjęcie z okładki. Wieża. Jakby znajoma, ale nie mogę przypasować jej do żadnej znanej mi budowli. Pytam się mojego towarzysza, czy coś mu mówi ten budynek. Nie, zupełnie nic. Odkładam na półkę.


Niedzielne popołudnie. Wracam do Empiku i zabieram Topos. W momencie, w którym przekroczyłam próg mojego mieszkania uświadomiłam sobie, że ta wieża to gmach (były już) Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego, którego mury opuściłam trzy lata temu i który mijam codziennie w drodze powrotnej do domu. Autorka natomiast prowadziła zajęcia na filologii, co prawda ja na nie nie uczęszczałam, ale nazwisko słyszałam wielokrotnie z ust moich znajomych.



Pamięć lubi płatać nam okropne figle.



Z problemem pamięci poniekąd boryka się również Dorota Filipczak. Poniekąd, bo w przeciwieństwie do mnie, ona pamięta. Pamięta skąpane w oparach komunizmu  dzieciństwo, które dzięki zabiegom rodziców zdawało się rozgrywać w odpolitycznionej próżni. Widzi swoją matkę drepczącą z gromnicą, obserwuje dorastanie syna. Wspomina również to, czego pamiętać nie może. Losy łódzkich fabrykantów, dzieje własnych przodków. Czerpie z historii i przelewa na papier. By nie zapomnieć, by upamiętnić.

Mnie najbardziej u Filipczk pociąga miasto. Łódź, miasto wybudowane i do cna wyeksploatowane przez fabrykantów, miejsce, które przez lata zaniedbane bardziej odstraszało, niż przyciągało.

Doskonale ujmuje to Filipczak w Zwiedzaniu:
budynki bez twarzy, bez tajemnic, jak ludzie
idący na cmentarz na Wszystkich Świętych
z naręczem brzydkich sztucznych kwiatów

Wątków łódzkich jest w Wieloświecie bez liku, trochę jakby w sprzeczności w tytułem.  Przez większość czasu tkwimy w Łodzi, to ona zdaje się być może nie jedynym, ale z pewnością głównym światem autorki. To tytułowe "zwiedzanie" staje się osią tomiku. W swoich wierszach Filipczak zabiera czytelnika do miejsc nierozerwalnie związanych z historią miasta, na cmentarz, do Muzeum Włókiennictwa, Pałacu Herbsta, Palmiarni, szpitala dziecięcego, do budynków uniwersyteckich oraz na nazwane i bezimienne uliczki. Każde z nich stanowi punkt wyjścia do rozważań nad rolami, które przyszło jej pełnić: córki, matki, studentki, wykładowcy, kobiety. Autorka każde miejsce sprzęga z własnym doświadczeniem, sprawiając, że to, co w umieszczonym na początku tomiku wierszu było bez tajemnic i bez twarzy zyskuje nowy, osobisty, bardziej ludzki wymiar.

Do zrozumienia poezji Filipczak nie potrzeba wyjątkowo skomplikowanego klucza. Autorka nie ucieka w słowne kalambury, nie eksperymentuje z formą. Jej wiersze to przesiąknięte liryzmem rozważania, charakteryzujące się niezwykle plastycznym opisem, otwarte na czytelnika. Łodzianie będą mieli z pewnością łatwiej, znając miejsca i historie przywoływane przez autorkę. Dla innych natomiast tomik może pełnić funkcję dydaktyczną, skłaniając do dalszych poszukiwań i rozwijania wątków poruszonych przez autorkę. Jak choćby problemu łódzkich rzek z Niedorzecznego miasta:

 
 
Dla mnie szczególnie ważna jest zamykająca tom Wieża, w której autorka opisuje wrażenia z momentu, w którym udało jej się "posiąść" zamieszczoną na okładce wieżę. Moment, w którym Wydział Filologiczny opuszczał mury dawnego gimnazjum niemieckiego, by uwolnić się od brzemienia trudnej w utrzymaniu historii, porzucając piękną wieżę na rzecz nowoczesnych przeszklonych podłóg. To przeddzień przeprowadzki do budynku z biblioteką, która nie była w stanie pomieścić połączonych zbiorów wszystkich filologii (w budynku przy Al. Kościuszki mieściła się jedynie anglistyka i polonistyka), stąd zbędne tomiszcza należało rozdać spragnionym wiedzy studentom, a to co zostanie wysłać na przemiał.

Zamykający tomik wiersz kończy pewien rozdział, zwiastując jednocześnie nową, odmienną kontynuację. Autorki w nowoczesnych wnętrzach przy ul. Pomorskiej, jej pracy magisterskiej w postaci nowego, pro-ekologicznego produktu, a budynku z wieżą... Budynek musi poczekać. 

Obyśmy na nowy tomik Doroty Filipczak nie musieli czekać równie długo, co na pomysł zagospodarowania dawnej filologii.

 

środa, 7 grudnia 2016

Turandot



 
Łódzki Teatr Wielki od dłuższego czasu zmagał się z brakiem silnej premiery. Trubadur przeszedł bez echa, przywieziony z Austrii Holender tułacz spotkał się z falą krytyki, Baron Cygański dzięki dopisanemu przez Tomasza Koninę zakończeniu wzbudził niemałe kontrowersje, natomiast Don Giovanni raził brakiem dopracowania. Całość podtrzymywał jubileuszowy Straszny dwór Jandy, choć ten ze względu na zaangażowanie twórców i wykonawców z najwyższej półki, po prostu nie miał prawa wypaść słabo. Problem "przeciętnego" repertuaru wielu zrzucało na ówczesnego dyrektora Teatru Wielkiego, Wojciecha Nowickiego (obecnie dyrektor Teatru Jaracza w Łodzi), który z końcem sezonu 2013/2014 zrezygnował ze współpracy z ówczesnym Dyrektorem Artystycznym, Warcisławem Kuncem, pozostawiając na tym stanowisku wakat. Wielu miałkość repertuaru Wielkiego uzależniała właśnie od tego braku, choć zasadność tego twierdzenia, to kwestia dyskusyjna i zdecydowanie wymaga odrębnego wpisu. 


Nie mniej wraz z nastaniem nowego dyrektora, Pawła Gabary, nadszedł czas na silne zaznaczenie przejęcia sterów w Wielkim. Po wspomnianym już karkołomnym Don Giovannim (spadek po poprzedniku, któremu nagła zmiana reżysera wyraźnie nie służyła) i wysokobudżetowej Nocy w Wenecji (która przeszła nieco bez echa), nadszedł czas na premierę z prawdziwego zdarzenia. W maju 2016 r. na deskach łódzkiego Teatru po raz pierwszy w historii pojawiła się Turandot, nieukończona opera Pucciniego, jedno z najbardziej rozpoznawalnych (głównie za sprawą arii Nessun dorma) dzieł operowych. 


Reżyserię spektaklu Gabara powierzył Adolfowi Weltschekowi, co mogło stanowić niemałe zaskoczenie, gdyż dyrektor krakowskiego Teatru Groteska z inscenizacjami dzieł operowych nie miał jak do tej pory żadnego doświadczenia. Jakby w kontrze za warstwę muzyczną odpowiadać miał Antoni Wit, światowej sławy dyrektor artystyczny Orquesta Sinfonica de Navarra w Pampelunie i dyrygent honorowy Filharmonii Krakowskiej. 



Co wyszło z tego połączenia? 

Zacznijmy od tego, że dzieło Pucciniego jest niezwykle wdzięczne. Może libretto nie powala na kolana (historia chińskiej księżniczki, która z lubością morduje kolejnych zalotników trąci już nieco myszką), jednak warstwa muzyczna zdecydowanie wyprzedza swoją epokę, dramatyzmem zbliżając się do muzyki filmowej. Ta przystępność i melodyjność dzieła Pucciniego sprawia, że łatwo wpada w ucho i szybko zapada w pamięć.  

Dobra baza to zaledwie pół sukcesu, należy ją jeszcze dobrze opracować, głównie w zakresie inscenizacji. Umiejscowienie akcji opery w Chinach oraz występujące w muzyce elementy orientalne wprost zmuszają inscenizatorów do osadzenia spektaklu na Dalekim Wschodzie. Wszelkie próby zmiany konwencji kończą się nieco karkołomnie i sztucznie. Weltschek zdecydował się nie ingerować w dobór miejsca i czasu opery, natomiast zerwał ze stosowaną powszechnie przaśnością i przeładowaniem symbolami konkurencyjnych inscenizacji. Razem z Małgorzatą Zwolińską stworzyli świat surowy, niemalże mroczny, w którym skąpane w złocie pałace zastępują grafitowe skały, inspirowane krajobrazem Państwa Środka. Ten zabieg osobiście uznaję za trafny, potęgujący grozę, jaką budzi żądna krwi księżniczka. "Chińskość" bardziej akcentują kostiumy (autorstwa Zwolińskiej), chociaż tutaj zdarzały się kłopotliwe niespójności. Przez moment miałam wrażenie, że po scenie paradują rzymscy żołnierze, a przecież pomimo wybujałych aspiracji kolejnych "wodzów" cesarstwa/republiki, granice ówczesnego imperium nigdy tak daleko nie sięgały. Pamiętam, że tuż po premierze w jednej z recenzji przeczytałam, że Cesarz wyglądem przypomina Gandalfa. Porównanie zabawne, aczkolwiek faktycznie można doszukiwać się tutaj pewnych analogii. Wierzę jednak, że wybór ten został oparty na materiałach źródłowych.



Weltschek również sprawdził się jako inscenizator. Podczas prób przykładał dużą wagę do współpracy z aktorami, pomagając im wczuć się w odgrywaną postać oraz odpowiednio budować emocje. Co prawda w przedstawieniu znalazły się różne „dziwne” momenty, jak np. podawanie sobie przez chór nad głowami zydla, na którym ostatecznie spoczął Cesarz, czy dziwaczny taniec Chóru w I Akcie (coś jakby połączenie makareny z elementami wschodnich sztuk walki). Takich kanciastych epizodów jest jednak niewiele i całość sprawia wrażenie spójnej i dokładnie przemyślanej inscenizacji.


Warto wspomnieć, że role główne powierzono doangażowanym solistom. I tak w rolę Turandot wcieliły się Elena Baramova, Jee Hye Han, Agnieszka Kuk oraz Lilla Lee, natomiast Kalafem zostali Charles Kim, Tomasz Kuk i James Lee. Słynna aria Nessun dorma została wykonana poprawnie, do Pavarottiego trochę Panom jeszcze brakuje, ale każdy z nich trzyma poziom. Na szczególną uwagę zasługuje Liu, a raczej odtwórczynie tej roli: Dorota Wójcik oraz Patrycja Krzeszowska, które stanęły na wysokości zadania nadając obu ariom (z I i III aktu) odpowiedniego liryzmu. Pozostałe role wypadły poprawnie.



A co z przygotowaniem muzycznym? Antonii Wit jest wymagającym dyrygentem, co udowodnił podczas prób. Chyba nie zdarzyło się, by maestro nie miał uwag do wykonania danego fragmentu, zawsze było coś nie tak: albo orkiestra grała za wolno, innym razem chór śpiewał za cicho. To dążenie do doskonałości zaprocentowało w wypracowaniu niemal idealnego wykonania Puccinowskiego dzieła. Bardzo dobrze wypadł również chór, który pod kierownictwem Dawida Jarząba zdaje się przeżywać swój renesans. Nieco słabiej sprawdził się za to chór dziecięcy, który był ledwo słyszalny. W inscenizacji bierze udział również zespół baletowy, jego rola jest jednak marginalna i służy raczej jako nic nie wnoszące tło.


Turandot to tytuł, który z pewnością nieprędko zniknie z afisza łódzkiej opery. Moim zdaniem to najlepsza operowo/operetkowa premiera Wielkiego na przestrzeni ostatnich kilku sezonów. Po części za sprawą niezwykle przystępnej warstwy muzycznej, po części dzięki dopracowanej inscenizacji. Jak na debiut na deskach opery, wizja Weltscheka jest zdecydowanie udana, a na występujące w niej drobne niedociągnięcia można przymknąć oko (nawet jeśli wprawiają odbiorcę  w lekkie zażenowanie, jak wspomniany już "taniec-synchroniczny" chóru). 

Spektakl zajął III miejsce w plebiscycie na najlepszą premierę teatralną sezonu 2015/2016 portalu ŁÓDŹ JEST Kulturą 

Dodam tylko, że z mojego polecenia na spektakl wybrała się  osoba, która nie tylko nigdy wcześniej Turandot nie słyszała, ale w ogóle nie była w operze. Jej początkowo negatywne nastawienie szybko przerodziło się w entuzjazm.
 
Czy potrzeba lepszej rekomendacji?




Turandot w tym sezonie można zobaczyć jeszcze w następujących terminach:

16.12.2016 r. o 18:30

17.12.2016 r. o 18:30

18.12.2016 r. o 17:00

Wrażenia oparte na podstawie prób scenicznych przed premierą oraz spektaklu z dn. 2 października 2016 r.